Moje koleżanki, które już urodziły, mówiły mi, że to będzie boleć, ale ja się nie obawiałam bólu. Już tyle razy dawał się we znaki, że nie stanowił większego problemu, a w szczególności ten rodzaj ból. Spojrzałam na zegarek na szafce nocnej. Wskazywał on równo dziewiątą rano. To sobie pospałam dzisiaj. Ostatnio obawiałam się, czy nie pozwalałam sobie na za dużo. Jednak lekarz upewniał mnie, że kobiety w ciąży tak mają oraz dodał jeszcze, iż i tak jestem mało wymagająca jak na ten stan. Zaśmiałam się do siebie. Służąca chyba to usłyszała, bo od razu wbiegła do pokoju. Mój mąż i służba przesadzają trochę z tą opieką nade mną. Przecież nie byłam upośledzona, ale z drugiej strony to ich rozumiałam. Też dosyć często bywałam przewrażliwiona.
— Dzień dobry, Pani — powiedziała służka, po czym się ukłoniła.
— Och, dzień dobry Habrielo. Nawet wspaniały. — Uśmiechnęłam się do niej. Naprawdę świetnie dzisiaj się czułam.
— Widzę, że humor dopisuje, Rias-sama. — Ściągnęła ze mnie nocne ubrania. Była to moja zaufana, prywatna służąca, pozwalam więc jej na więcej niż pozostałej reszcie personelu.
— Jak bym mogła mieć się źle, jeśli niedługo przyjdzie na świat takie cudo.
Ja i mąż postanowiliśmy, że płeć dziecka poznamy dopiero gdy ono się narodzi. Więc to będzie niezła niespodzianka, już nie mogę się doczekać. Jestem tak ciekawa.
— Cieszę się z Pani szczęścia. — Uśmiechnęła się do mnie pogodnie, a ja odwzajemniłam się jej tym samym. Gdy zdjęła ze mnie piżamę, zaczęła mnie ubierać w luźne ubrania, które nie uciskały brzucha. — Chciałam też powiadomić, że Pani mąż przybędzie jutro jak najszybciej się da.
— Tak, słyszałam już o tym. Osobiście do mnie zadzwonił, ale jeszcze nie było to pewne, czy zdąży wyrobić się z zleceniem. Więc się cieszę z tej wiadomości.
Mój kochany, zapracowany mąż dostał przymusowe, ważne zadanie. Musiał je wziąć, ale obiecał, że wróci do domu przed narodzinami dziecka i najwyraźniej nie rzucił słów na wiatr. Zawsze dotrzymywał danego słowa, był perfekcjonistą. Habriela pomogła mi wstać i zeszłyśmy razem na śniadanie, które już dawno zostało zrobione, bo czułam słodką woń syropu polanego na moje ulubione naleśniki.
To śniadanie było codziennością, więc od razu wiedziałam, że to ukochane naleśniki z sosem klonowym.
— Proszę usiąść. — Odsunęła mi krzesło od stołu. — A teraz pozwoli mi Pani się oddalić i powrócić do wykonywania moich obowiązków. — Skinęłam głową, a ona się ukłoniła i sobie poszła.
Inni służący zaczęli nakładać mi, dość solidną, porcie naleśników na talerz. Oczywiście pozwoliłam sobie skrytykować kilku. Po śniadaniu bez niczyjej pomocy, udałam się do ogrodu, żeby się odprężyć i poczytać jakąś książkę. Pochodziłam sobie trochę i gdy minęłam czerwone róże, uznałam, że to będzie wspaniałe miejsce, żeby poczytać. Zawołałam więc kamerdynera. Po chwili, było słychać kroki na żwirowej alejce, obróciłam się i gdy był już dostatecznie blisko wskazałam, że chcę tu usiąść. Pośpiesznie pobiegł do pobliskiej altanki i przyniósł mi krzesło obrobione czerwonym materiałem. Położył mi je w wyznaczonym miejscu, a ja sobie wygodnie na nie usiadłam.
— Zostanę przy Pani — oznajmił i już miał zamiar się ustawić koło mojego krzesła, ale ja miałam inny plan.
— Nie, idź sobie. Chcę zostać sama.
Od czasu do czasu przyda się chwila prywatności.
— Oczywiście, Rias-sama. — Ukłonił się, po czym odszedł w stronę posiadłości. Teraz mogłam się nacieszyć spokojem.
Ciszę przerywał tylko delikatny wietrzyk i ćwierkanie ptaków. Zabrałam się za obserwowanie otoczenia, bo to zajęcie wydawało się ciekawsze niż nudna książka. Najpierw zainteresowałam się amorami pary ptaków, potem moją uwagę przykuły czerwone róże, których kolor kojarzy mi się z krwią. W mojej i mojego męża pracy mieliśmy na co dzień do czynienia z szkarłatną cieczą, zawsze znalazł się ktoś ranny. Zawsze. Taka już bowiem praca łowcy wampirów. Dużo było takich ugrupowań, a my należeliśmy do jednej z najlepszych. Nosiliśmy się pod nazwą "Cyrk". Można by spokojnie powiedzieć, że to jedyna dobra organizacja łowców wampirów.
— Chyba już czas na obiad. Prawda, kochanie? — Pogłaskałam się po moim brzuchu.
Lekarz powiedział, że trzeba czasem porozmawiać z dzieckiem. Czasem ogarniał mnie niechciany smutek, bo mój ukochany nie chciał mówić, ani dotknąć mojego brzucha, ale nie dziwiłam się tym. To dziecko nie było jego i tak zdarzył się cud, że mnie nie porzucił. Po chwilowym namyśle, zawołałam kręcącą się niedaleko służkę i poprosiłam ją o obiad. Posłusznie wykonała zadanie i niedługo po tym, przyniosła mi gorący posiłek. Po zjedzeniu postanowiłam się trochę zdrzemnąć. Ostatnie co pamiętałam, to to, że lokaj przykrył mnie kocem.
m o o n m o o n m o o n
Obudził mnie nieprzyjemny, zimny, dość mocny wiatr. Wstałam i poszłam w stronę domu. Najbardziej mnie dziwiło, że nikt po mnie nie przyszedł. Spojrzałam na niebo. Księżyc prezentował się w pełnej okazałości. Jednak długo się na niego nie napatrzyłam, bowiem chłód nocy dawał się we znaki i to bardzo. Jak najszybciej weszłam do środka. W tej chwili najbardziej martwiłam się o zdrowie dziecka. Jednakże moją uwagę szybko odwróciło coś spływającego mi po nogach. Przez myśl przeszło mi tylko jedno, że to już czas, ale to było coś innego. To była krew, sporo krwi skapywało teraz kroplami na podłogę. Przestraszyłam się. Zaniepokojone moją przestraszoną miną pokojówki przybiegły do mnie, ale gdy tylko zobaczyły co się dzieje, już wiedziały co zrobić.
Ogarniał mnie straszny ból, ale zapragnęłam być silna dla niego. Dla mojego dziecka, chciałam zrobić wszystko, żeby zdrowe przyszło na świat.— Proszę głęboko oddychać, Rias-sama — powiadomił mnie lekarz, tak jak by nie widział, że to robię. Zdenerwowane służące biegały w tą i z powrotem, nie wiedząc co mają robić. Strasznie mnie to denerwowało i rozpraszało, do tego jeszcze nie można było się dodzwonić do męża.
— Rias-sama! Nie mogę się połączyć z Pani mężem. Przykro mi. — Do pokoju wbiegła zdyszana Habriela.
— Cholera! Co się z nim dzieje?! — krzyknęłam rozzłoszczona. Zaraz tu po prostu zwariuję przez nich wszystkich. — Wyjdźcie stąd wszyscy! Zostaje tylko lekarz i Habriela! — rozkazałam. Wszystkie służki posłusznie wykonały polecenie.
No ile można?! Ja tu powinnam panikować, a nie one.
— Spokojnie, Rias-sama, bo może to zaszkodzić Pani i dziecku — ponownie odezwał się lekarz, po czym zaczął szeptać ze służącą. Natężyłam słuch, żeby cokolwiek usłyszeć, byłam ciekawa. Jednak do moich uszu dotarło tylko jedno słowo: śmierć.
Jestem pewna, że coś było nie tak, albo z dzieckiem, albo ze mną. Nagle przeszył mnie najsilniejszy jak do tej pory ból, aż krzyknęłam.
— Proszę się trzymać! Rias-sama! — wrzasnęła służka.
Po paru godzinnej salwie krzyków, wreszcie się urodziło. Ono. Zaczęło płakać. Wyglądało na całe i zdrowe. Ze szczęścia oraz z ulgi, aż się popłakałam.
— Będzie mieć na imię Księżyc — oznajmiłam triumfalnie ze łzami w oczach.
Czemu akurat takie imię? Nie wiem, może dlatego że kocham księżyc, albo, że go dzisiaj widziałam. To był obraz, który utkwił mi tej nocy na dobre. Srebrna kula, towarzyszyła mi od początku, aż do teraz.
— Proszę Pani, ale to dziewczynka... — powiedział spokojnym głosem lekarz. Uśmiechnęłam się łagodnie, uspakajając go. Bowiem już wiedziałam.
— Luna. Moja kochana córeczka, Luna.
Po łacinie to słowo oznacza księżyc.
— Piękne imię, Rias-sama — odparła smutno Habriel i podała mi moje dziecko.
Dlaczego było jej smutno? Powinna też się cieszyć tak jak ja. Teraz zauważyłam, że lekarz też był jakiś smutny. Czemu? W tej samej chwili przypomniałam sobie to słowo. Śmierć. Ktoś miał umrzeć i wnioskuję, że przypadło na mnie. Trudno. Spojrzałam na Lunę, która przestała płakać. Patrzała zaciekawiona otaczającym ją światem. Jeszcze nieświadoma, jaki był brutalny.
— Ma takie piękne oczy... — powiedziałam z zachwytem podziwiając błyszczące, przepiękne złote oczy niczym najczystszy bursztyn. Niepodobne ani do moich niebieskich, ani do brązowych męża.
— P-prawda. Nie są do nikogo podobne — zwróciła się do mnie jedna ze służek, która na chwilę oderwała się od sprzątania, żeby popatrzeć na tęczówki mojej pierworodnej. Zgromiłam ją ostrym spojrzeniem.
— Nie musi mieć takich samych oczu co rodzice. Może też odziedziczyć to po innych krewnych rodziny, którzy są związani krwią z rodzicami — wytłumaczył lekarz.
To prawda, ale może mieć te oczy po swoim prawdziwym ojcu, którego przecież nie znam.
Nikt ze służby nie wie, nawet lekarz i moja zaufana służąca, Habriel, o tym, że to nie jest dziecko mego męża. Tylko ja i ukochany to wiemy. No i oczywiście on, ten który był twórcą dziecka. Każda inna osoba nie miała wiedzieć. Nagle przeszył mnie mocny ból w klatce piersiowej. Krew wypłynęła mi z buzi, brudząc mnie, jak i twarz Luny. Przestraszona zaczęła płakać.
— Weź ją Habriel! — Szybko podałam ją służce, bo zbliżała się kolejna fala nieprzyjemnych wymiocin w postaci krwi. Teraz była większa i zalała całą pościel. Dziecko zaczęło jeszcze głośniej płakać, najprawdopodobniej, wyczuwając co się dzieje.
— Rias-sama! — wrzasnęła przestraszona służka. Natomiast na twarzy gościł tylko niemy niepokój.
— Luna... Kocham cię. Pamiętaj, chodź pilnie do kościoła i do szkoły, znajdź jakiegoś przystojnego, mądrego i w szczególności miłego chłopaka, który będzie się o ciebie troszczyć oraz z którym będziesz szczęśliwa. Jeszcze... nie martw się niczym, to nie twoja wina, że mamusia umarła. Pamiętaj, że ja i tata mocno cię kochamy. Ach... i jeszcze masz zdrowo się odżywiać i dobrze uczyć, nie opuszczać lekcji. Kocham cię — powiedziałam słabo, ledwo łapiąc oddechy między zdaniami. Mimo to, cały czas się uśmiechałam. Byłam bardzo szczęśliwa, że miałam tak piękną córkę. Ona na czas mojej wypowiedzi wcale nie płakała, tak jakby rozumiała o co chodzi, za to Habriel szlochała głośno, nie mogąc powstrzymać spazm, za nią i za siebie. Lekarz jeszcze bardziej sposępniał. — Habriel... nie płacz... — wyszeptałam.
— R-Rias-sama...
Moje ciało stawało się ciężkie. Było mi słabo i zimno. Bardzo zimno. Stawałam się coraz bardziej zmęczona. Nie mogłam utrzymać prosto głowy. Drżałam. Jednak nadal się uśmiechałam. Chciałam utrzymać ten uśmiech do samego końca, aby pokazać Lunie, że się cieszyłam, iż ją urodziłam. Nie byłam zawiedziona, bo umarłam tak młodo. Wcale.
Dzień narodzin i śmierci. Wschód i zachód życia. Prawidłowy krąg, który był nieodwracalny.
m o o n m o o n m o o n
a/n: Tak oto narodziło się imię Luna, właśnie od tego pierwszego wpisu na blogu, od tego pomysłu to imię już nie chce opuścić mego umysłu i uporczywie się mnie trzyma.


Wow, ale prolog! Musiz to kontunuowac bo chyb ainaczej nie wyrobie !!! *.*
OdpowiedzUsuń