czwartek, 14 grudnia 2017

Diabolik Lovers – Rozdział 11



U d z i a ł


lecz srogi udział z okrutnym bólem przypadł jej w przydziale ❞ 
               Ołówek sunął po czystej kartce papieru. Z każdym ruchem wydawał charakterystyczny, miękki dźwięk. Ciemnoszare linie tworzyły niekształtną postać. Mój wzrok odskakiwał co chwilę na róg biurka. Ręce zaczęły się pocić, a do gardła podchodziła żółć. Gdybym miała zwymiotować, bez problemu sięgnęłam bym po doniczkę, w której mieścił się jakiś badyl. Jednak z uparciem przełykałam ślinę, skupiając się na rysunku. Wyglądał jak dzieło sześciolatka, albo i nawet gorzej. Nie przejmowałam się tym. Najważniejsze było odwrócenie swojej uwagi, która bardzo szybko ponownie padła na telefon. Wywróciłam oczami, przygryzając nerwowo wargę. Przyśpieszyłam ruch dłoni. Miękkie dźwięki coraz bardziej zaczęły przeradzać się w szorstkie, drażniące. Równie dobrze wreszcie mogłam dać sobie spokój i sprawdzić zasięg, ale miałam wrażenie, że wykraczam przeciw mojemu bratu. Więc tkwiłam w tej irytującej jak drzazga w palcu sytuacji.  Nie mogąc już dalej tego znieść, odrzuciłam na bok ołówek. Odchyliłam się gwałtownie na oparciu krzesła, które zachrobotało o drewnianą podłogę. Z głośnym plaśnięciem, przyłożyłam sobie dłońmi w twarz, następnie ocierając bolące oczy. Zimno rąk spotkało się z rozgrzanymi ze złości policzkami, wywołując niechciany dreszcz. Nie mogąc trwać dalej w tej samej pozycji, oparłam łokcie o blat. Głowa opadła mi na dłonie, a palce natychmiastowo wsunęły się w wilgotne kosmyki. Chwyciłam je powoli, następnie szarpiąc z całej siły.
               Byłam z siebie niezadowolona. Jednak wreszcie włączyłam telefon. Serce niemal natychmiast zdradziło moje podekscytowanie i narastający strach. Mimowolnie kąciki ust drgnęły do góry, wyśmiewając się z moich nietrwałych postanowień. Gdy zimny kolor niebieski wgryzł się w ciepły odcień żółci, ponownie poczułam mdłości. Spojrzałam na doniczkę, próbując być przygotowana na ewentualną wpadkę z zawartością żołądka. Jednak nic takiego nie nastało. Nawet wtedy gdy zauważyłam brak sygnału. Żadna z kresek nie była zapełniona. Poczułam dziwne rozczarowanie i ulgę naraz. Odetchnęłam. Odsunęłam się od biurka. Podeszłam do szafy. Wyłączyłam telefon. Uklękłam i nagłym ruchem ręki wsunęłam telefon w szczelinę oddzielającą mebel od podłogi. Przełknęłam ślinę. W kącikach oczu poczułam palące łzy. Bo to była szansa na ucieczkę. Bo myślałam, że już jej nie było. Nie mogłam tak po prostu teraz odciągnąć od tego wszystkiego myśli. I właśnie z ów powodu, zerknęłam na szczelinę, ale szybko pokręciłam głową. Pociągnęłam mocno nosem, dając jeden solidny klaps udom. Cierpliwie próbowałam się uspokoić. Nie dawałam za wygraną cisnącym się łzą, ocierając opuszkami palców obwody oczu. Gruba gula osiadła mi w gardle, gdy przyznałam się sama przed sobą do prawdy.
               Nie było już nadziei.
♠ ♠ ♠
               Wracałam z kuchni. Ciężkim krokiem przechodziłam przez szare korytarze. Mój cień przemykał na ścianach wraz z ruchem, gdy ciepłe światło świec zostawało w tyle. Ciemny kształt wydłużał się, prześcigając mnie. Uniosłam do ust szklankę, dalej bacznie obserwując grę cieni. Zamoczyłam w zimnej wodzie spierzchnięte, poszarpane od ciągłego przygryzania, wargi. Przechyliłam szklane naczynie, które nagle przytłoczyło mnie swoją ciężkością. Chłód wtopił się w gorący przełyk. Wzdrygnęłam się. Przystanęłam. Spojrzałam powoli na płynną zawartość szklanki. Skrzywiłam się, powoli rozszerzając w zdziwieniu oczy. Zamrugałam pośpiesznie powiekami. Od razu zrzuciłam winę na nieprzespane noce. Wyczerpanie. Zaprotestowałam. Nie chciałam dopuścić do siebie widoku ciemnoczerwonej krwi. Miałam jej dość. Napawała mnie obrzydzeniem i czymś nie do opisania. Jednak szkarłatna posoka szybko zniknęła pod kolejnym spojrzeniem. Jak fatamorgana na pustyni. To tylko chwilowa zmyłka umysłu. Płatał mi figle z powodu nadmiernego stresu.
               Zaskoczyła mnie cała zaistniała sytuacja. Serce ścisnął nagle żelazny uścisk. Zaczęło mi sprawiać trudność oddychanie. Każde najmniejsze wciągnięte powietrze do płuc. Rzecz naturalna do przeżycia. W narząd zaczęły wbijać się setki igieł. Ostry ból przedarł moją głowę, przyprawiając mnie o niemałe zawroty. Przycisnęłam rękę w miejsce serca, zginając się trochę. Na drżących nogach pośpieszyłam w kierunku pokoju. Chciałam już znaleźć się w łóżku. W nagłym chaosie i strachu, który zawładnął umysłem, zgubiłam po drodze szklankę. Nie bardzo się tym przejęłam, gdy dłoń spotkała klamkę. Pchnęłam drzwi.
               — Długo kazałaś na siebie czekać, Bitch-chan~.
               Zanim zakodowałam obraz, dotarł do mnie dźwięk. Dokładniej głos, którego nie chciałam usłyszeć. Potem, gdy z oczu opadły mi chwilowe klapki, mogłam potwierdzić swoje przekonanie. Laito. Leżał rozłożony na całej długości łóżka, podpierając dłonią głowę. Uśmiechał się paskudnie, zadowolony z siebie, że mógł mnie zaskoczyć. Jego zielone oczy świeciły się z satysfakcji. Pochyliłam głowę na dół. Ziemia zaczęła wirować mi przed oczyma. Musiałam się przytrzymać chropowatej powierzchni drzwi. Usiłowałam uspokoić oddech, który w zastraszającym tempie wzrósł do dyszenia.
               — Chyba nie pozwolisz znowu zepsuć naszej chwili złemu samopoczuciu — powiedział z udawanym żalem w głosie. Wszystko dotarło do mnie jakby zza ściany. Huczało mi w głowie.
               Jednak wiedziałam jedno.
               Próbując się nie przewrócić przez mdlące zawroty, obróciłam się prędko. Chwyciłam klamkę. Poczułam delikatny powiew wzburzonego powietrza przemykającego przez nogi, które przedostało się przez szparę z rozległego korytarza. Całe moje ciało ogarnął potężny chłód. Drzwi trzasnęły z głośnym hukiem. Obok mnie, na poziomie mojej głowy, znajdowała się blada ręka Laito. Zatrzasnął mi drzwi przed nosem, nim zdążyłam je całkowicie otworzyć. Odciął jedyną drogę ucieczki, tak po prostu. Bez wysiłku. Przełknęłam głośno ślinę, która zaczęła zalegać mi w gardle.
               — Oya, oya, Bitch-chan, nie tak szybko~. Jeszcze nie zaczęliśmy zabawy — oznajmił dziwnym głosem. Takim na wpół zdenerwowanym, na wpół rozbawionym. Bałam się na niego spojrzeć. Mimo, że stałam do niego tyłem, wciąż mogłam dosięgnąć go wzrokiem. — Pozwól, że wszystkim się zajmę.
               Chwycił mnie silnie za nadgarstek. Syknęłam, zagryzając dolną wargę. Zaśmiał się krótko. Szybkim ruchem obrócił mnie do siebie przodem. Zacisnęłam mocno powieki. Zapiekło.
               — Twój wyraz twarzy jest taki piękny~. Daj mi więcej, Bitch-chan~. Więcej — zanucił wprost w moje ucho.
               Owiał mnie jego zapach. Zbyt drażliwy na moje nozdrza. Obrzydliwy. Wzdrygnął mną spazmatyczny dreszcz. Wciągnęłam głośniej powietrze, gdy poczułam mokre muśnięcie tuż pod uchem. Odruchowo spróbowałam wyrwać nadgarstek. Jedyne co mi się udało, to powiększenie siły nacisku na przegub. Poczułam kujące łzy w kącikach oczu. Ponowny chichot wydobył się z bladych warg wampira, tworząc wibracje na mojej skórze. Odsunął się, gdy pocałunkami dotarł do środka szyi. Zdołałam się na odwagę, aby uchylić powieki. Obdarowałam Laito najbardziej pogardliwym spojrzeniem na jakie było mnie stać. Jego uśmiech momentalnie się powiększył.
               — Brzydzę się tobą — wyplułam zachrypłym głosem pierwsze słowa, które zdołały uformować mi się na języku, nie myśląc o późniejszych konsekwencjach.
               Nic nie powiedział. Spojrzał na mnie z sadystycznym wyrazem, który ukształtował jego twarz. Jakbym uruchomiła pewny mechanizm, który tylko podbudował ego wampira. Wysunął długie kły lśniące bielą. Pulsujący ból, gdzieś z tyłu głowy, zaatakował niespodziewanie. Zaćmił nawet coraz bardziej narastające uczucie strachu i bezsilności. Światło sączące się ze świec umieszczonych na żyrandolu nagle zrobiło się strasznie ostre. Przymrużyłam szybko oczy, następnie całkowicie je zamykając. Ogarnęło mnie zimno. Całkowity bezwład nad ciałem.
               Poczułam szarpnięcie do góry i usłyszałam stłumione, zaskoczone sapnięcie.
♠ ♠ ♠
               Słońce zaczęło przygrzewać tworząc piękne łuny światła, przesączając się między masywnymi, drewnianymi pniami. Z łatwością przedzierając się przez bujne, zielone korony. Pełnym wdechem zaczerpnęłam świeżego powietrza, ściągając niepotrzebną bluzę. Mimo wczesnej pory, dało się wyczuć już teraz, że dzień będzie skwarny i pełen orkiestry cykad, które jak zawsze huczały mi w głowie. Mieszkając tu od urodzenia, dawno się już przyzwyczaiłam, ale mimo to ciągle zwracam na nie uwagę. Uśmiechnęłam się, opierając głowę o drewniany słup i przymykając oczy. Usłyszałam trzeszczenie podłogi, a potem zimny dotyk na odkrytym ramieniu. 
               — Siostra, jeść. Zrób mi ciasto. Teraz. — Śpiewny głos, nieco ochrypły po niedawnym śnie, dotarł do moich uszu. 
               Bez namysłu przytaknęłam. Chwilę później przytulił się do mojego boku, razem z królikiem na kolanach. Moim starym, z dzieciństwa. Nie za bardzo go lubiłam. Zawsze, jak na niego patrzyłam, miałam wrażenie, że coś jest w nim zamknięte. Niekiedy czułam się prowadzona przez niego. Jakby mną kierował, miał nade mną pełną kontrolę. Teraz czułam się wolna. Przeniosłam wzrok na białe włosy brata. Bez namysłu włożyłam w aksamitne kosmyki palce. Wzdrygnął się, następnie mocno uderzając mnie w ramię. Zanim zdążyłam go złapać, wstał i pobiegł wgłąb domu. Zerwałam się z miejsca w pogoń za nim. Drewniana podłoga zatrzeszczała, wydając z siebie coś na wzór żabiego rechotu. 
               Śmiała się ze mnie! Nawet ona przeciw mnie!
               — Mamo! Akihito mnie bije! Mamo! — wydarłam się oskarżycielskim tonem. Zachichotał, mało nie przewracając się, gdy spojrzał do tyłu, czy na pewno za nim biegnę. — Nie dostaniesz ciasta na śniadanie! To niezdrowe! — Zwróciłam się do niego pełnym pogardy głosem, łapiąc niebieski kaptur bluzy brata.
               — MAMO! Luna nie chce mi zrobić ciasta! — Załkał krokodylimi łzami, wciąż się do mnie uśmiechając i wystawiając język. 
               — MAMO!!! — krzyknęliśmy razem, szarpiąc się za ubrania. Żadne z nas nie miało zamiaru przegrać tej bitwy.
               Zawsze zastanawiało mnie czemu Akihito był zimny. Nie tylko jego dłonie emanowały chłodem, ale jego całe ciało. Nigdy nie poczułam od niego ciepła...
               ........................
               1415 słów
               a/n: witam, witam, tych, którzy jeszcze zaglądają na ten blog. Przed Wami wystąpił jeden z rozdziałów, który pisałam w wielkich katuszach, nie umiejąc przelać myśli w łańcuch pięknych słów. Wyszło, nie wyszło. Sama nie wiem. Nie jestem zadowolona i chyba nigdy nie będę, więc już opublikowałam, bo na razie nic więcej nie wskóram. Po prawdzie rozdział już powstał prawie miesiąc temu, ale jak pisałam wyżej, nie podobał mi się i chciałam, żeby trochę przeleżał. Nic to nie dało. No niestety, tak bywa. Mam nadzieję, że nie wypaliło Wam oczu.
Ps Dlaczego znowu jestem chora? Czy Wy też macie tak słabą odporność? Ledwo wyzdrowieję, już zaczynam chorować ponownie...
               

2 komentarze:

  1. Przychodzę niepomiernie późno, ale wyłgam się tym, kiedy już wróciłam, to twój rozdział jest pierwszą zaległością którą nadrobiłam!
    Strasznie mnie zaskoczyłaś, pisząc, że ten rozdział ci się nie podoba. Jak dla mnie był naprawdę świetny, tylko trochę brakowało mi dłuższych zdań, na których mogłabym odsapnąć. Tak sobie w tym moim czerepie mieliłam, co napisać w komentarzu, bo ten rozdział jakoś wyjątkowo przypadł mi do gustu (btw., jak ja lubię twoje opisy. Są tak obrazowe!), a ty mi tu wyskakujesz, że ci nie wyszedł! To w takim razie tylko czekam na lepsze!
    Ta scenka rodzajowa na końcu tak bardzo mnie urzekła. Już wiem, że kocham Akihito, kochałam go od pierwszych wzmianek, ale wydawał mi się wtedy jeszcze lekko podejrzany... Teraz zmieniam zdanie, jednak kocham całym serduszkiem, mogę przygarnąć? Będę karmić, sprzątać i gotować ciasta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mi miło czytać Twój komentarz. Od razu zyskuję chęci do dalszego pisania.
      Dziękuję za zwrócenie uwagi na zdania. Do niedawna wszystkie były strasznie długie, a teraz znowu wszystkie zbyt krótkie. Muszę popracować nad równomiernym stosowaniu długości zdań.
      Podobają Ci się moje opisy? A ja myślałam, że są bardzo płytkie.
      Ach, Akihito. Chyba nie da się go wyciągnąć z objęć przewrażliwionej matki. Niestety, albo i stety.
      Naprawdę cieszę się, że wróciłaś.

      Usuń

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy