B l o o d m o o n
❝ coś wkrótce zjadło i księżyc, skoro zaczął krwawić ❞
Przez całą powrotną drogę siedziałam przygnębiona i skulona w niebezpiecznym rogu limuzyny — wciąż czułam na sobie, niezbyt subtelny, dotyk Laito. Na domiar złego, musiałam znosić z posępną miną dwa spojrzenia — jedno srogie, dające do zrozumienia, że naprawdę wydarzy się coś złego, gdy tylko zostanę z posiadaczem sam na sam, a drugie zdecydowanie łagodniejsze, ale w obecnej sytuacji, o wiele bardziej irytujące — które wierciły we mnie wielką dziurę poczucia winy i niższości. Dzielnie utrzymywałam swoją obojętność aż do końca, mimo, że nieraz głowa opadała mi nisko, przez co mogłam spoglądać na czubki butów. Nie obchodziło mnie, jaką postawę tym reprezentowałam. Być może kogoś bardzo bezbronnego, zatraconego w użalaniu. Nie przejmowałam się tym. Wcale. Bolał mnie brzuch, tępo szumiało w czaszce, wywiercając kolejną dziurę, przez którą, jakby magicznie, wlatywało mnóstwo najróżniejszych myśli. Zabarwiały się w rozmaite kolory. Przeróżne. Niemiłe.
Wstałam powoli, specjalnie się ociągając, gdy samochód zatrzymał się przed bramą rezydencji. Robiłam bym to jeszcze dłużej, ale krótkie, jednak odczuwalne, klepnięcie w tyłek, wybudziło mnie dostatecznie mocno, aby przyśpieszyć ruchy. Spojrzałam zmieszana na rudowłosego wampira, który posłał mi mrugnięcie okiem, wraz z obleśnym uśmiechem w komplecie, i tak po prostu wyszedł z limuzyny. Kącik ust zadrżał mi niebezpiecznie w dół, gdy poczułam się jak śmieć. Ten najbardziej niepożądany i ohydny odpad. Zamrugałam gwałtownie powiekami, przygładzając spódniczkę. Jednym krokiem pokonałam odległość dzielącą mnie od drzwi pojazdu. Zimne powietrze zderzyło się ze mną z niebywałą oziębłością, powodując intensywne, ale krótkie drżenie. Objęłam się ochronnie rękoma, pocierając ziębnące ramiona. Nie miałam płaszcza a tylko marną kamizelkę szkolną. Nie obchodziły mnie pieniądze a ciepło.
— Luna-chan, proszę porozmawiajmy — powiedziała Yui, która nagle pojawiła się przede mną. Obdarowałam ją spojrzeniem spod przymrużonych oczu. — Ja... Ja wszystko wytłumaczę, proszę Luna-chan, ja– — zaczęła tłumaczyć chaotycznie, na co skrzywiłam się nieznacznie, bo nie mogłam do końca wszystkiego zrozumieć, a w odsłonięte nogi chłód doskwierał coraz bardziej, powodując natychmiast gęsią skórkę. W połowie swojego bełkotania, przerwała. — Hej, dobrze się czujesz? — zapytała troskliwie, obejmując mnie ramieniem.
Gwałtownie wyrwałam się z jej objęcia i spojrzałam na nią zranionym spojrzeniem. Czułam się dziwnie, gdy patrzyłam na Komori. Wszystko kumulowało się po trochu, powoli rozsadzając moje wnętrze. Różne emocje panowały nad umysłem, który nie mógł pracować funkcjonalnie w jednym wielkim chaosie. Nie chciałam powiedzieć czegoś, czego później będę żałować, dlatego postanowiłam, jak najszybciej uciec od rozmowy z jasnowłosą. Chciałam najpierw ochłonąć, potem posłuchać, co ma do powiedzenia.
— Nie ma czego wyjaśniać. Dostatecznie dużo widziałam — odparłam chłodno, cofając się, żeby nie stać tak blisko niej. Przeszkadzał mi brak dystansu.
Gwałtownie wyrwałam się z jej objęcia i spojrzałam na nią zranionym spojrzeniem. Czułam się dziwnie, gdy patrzyłam na Komori. Wszystko kumulowało się po trochu, powoli rozsadzając moje wnętrze. Różne emocje panowały nad umysłem, który nie mógł pracować funkcjonalnie w jednym wielkim chaosie. Nie chciałam powiedzieć czegoś, czego później będę żałować, dlatego postanowiłam, jak najszybciej uciec od rozmowy z jasnowłosą. Chciałam najpierw ochłonąć, potem posłuchać, co ma do powiedzenia.
— Nie ma czego wyjaśniać. Dostatecznie dużo widziałam — odparłam chłodno, cofając się, żeby nie stać tak blisko niej. Przeszkadzał mi brak dystansu.
Momentalnie z twarzy Yui odpłynęło zaskoczenie, a zastąpiło je rozżalone spojrzenie. Różowe tęczówki dziewczyny, nagle stały się bardzo głębokie. Miałam wrażenie, że powoli wciągają mnie do swojego wnętrza, w którym bez problemu mogłabym utonąć w poczuciu winy. Próbowałam zatrzymać dla siebie ostre słowa, prowadzone świeżymi emocjami, ale nie zdołałam ugryźć się w język. Pożałowałam tego. Poczułam się podle, nawet gorzej niż wcześniej.
Jakie to dziwne, przed chwilą czułam się ofiarą, a nagle staję się oprawcą i to nie byle jakim.
Powoli rozchyliłam usta, żeby przeprosić, powiedzieć cokolwiek, ale wydobyłam z siebie jedynie niemy dźwięk, którego nawet ja, nie mogłam rozszyfrować.
Jakie to dziwne, przed chwilą czułam się ofiarą, a nagle staję się oprawcą i to nie byle jakim.
Powoli rozchyliłam usta, żeby przeprosić, powiedzieć cokolwiek, ale wydobyłam z siebie jedynie niemy dźwięk, którego nawet ja, nie mogłam rozszyfrować.
— Luna...
Pokręciłam przecząco głową, nie chcąc słyszeć swojego imienia, wypowiedzianego takim tonem głosu. Przeraziło mnie to, więc szybko zechciałam uciec, byleby dalej od wszystkiego, co tak gwałtownie przytrzasnęło ciężarem całą duszę.
— Dziewczyno, sądzę, że powinniśmy natychmiast porozmawiać.
Gdzieś z niedaleka, dotarł do mnie głos Reiji'ego, odbijając się echem w uszach i trafiając w najdalsze zakątki głowy, dzwoniąc i hucząc w niej. Momentalnie zastygłam, kuląc się w sobie. Spojrzałam w dal, nie skupiając się na niczym szczególnym. Myślałam, że gorzej być nie mogło. Byłam głupia, uważając, iż uda mi się uniknąć konfrontacji z wampirem.
— Dziewczyno, sądzę, że powinniśmy natychmiast porozmawiać.
Gdzieś z niedaleka, dotarł do mnie głos Reiji'ego, odbijając się echem w uszach i trafiając w najdalsze zakątki głowy, dzwoniąc i hucząc w niej. Momentalnie zastygłam, kuląc się w sobie. Spojrzałam w dal, nie skupiając się na niczym szczególnym. Myślałam, że gorzej być nie mogło. Byłam głupia, uważając, iż uda mi się uniknąć konfrontacji z wampirem.
— To co zrobiłaś, było niedopuszczalne i na miarę typową dla ludzi. Widzę, że będę musiał podjąć bardziej surowe środki w nauczeniu cię manier, dziewczyno. Sama prosisz się o karę — powiedział srogim tonem głosu, jakby właśnie mówił do karalucha, który bezprawnie wdarł się do jego domu i śmiał się tam zagnieździć. — Zrozumiałaś, co tak właściwie zrobiłaś i jakie poniesiesz konsekwencje? — zapytał retorycznie, a jego naglące spojrzenie wbiło się boleśnie w moje ciało.
Kątem oka, zauważyłam, jak Ayato szarpnął Yui, odchodząc z nią w stronę rezydencji. Nie protestowała, tak po prostu dała się pociągnąć za sznurki. Więcej nie mogłam dosięgnąć wzrokiem z obecnej perspektywy. Zacisnęłam mocniej zęby. Znowu wezbrała we mnie paląca złość.
Niby dlaczego?
— Tak, Reiji-san. Zrozumiałam. To–to się nie powtórzy — powiedziałam, zaciskając mocniej szczękę. Byłam wdzięczna chwilowej dekoncentracji, bo pozwoliła mi uspokoić drżenie głosu.
Reiji prychnął pogardliwie, a sekundę po tym, usłyszałam, jak odchodzi. Nie odważyłam się jednak na podniesienie wzroku. Bałam się, że źle zinterpretuje moje zachowanie i dołoży wszelkich starań, żeby uprzykrzyć mi życie jeszcze bardziej. Opuściłam bezwiednie ramiona wzdłuż tułowia. Mocniejszy powiew wiatru, wzbudził czarne włosy do szalonego tańca, przysłaniając mi pole widzenia. Wypuściłam drżący oddech, natychmiast uginając wyprostowane plecy.
Prawie zapomniałam, że wampiry uwielbiają polować na swoje ofiary. Ciekawe kiedy nadejdzie moja kolej... Zaśmiałam się cicho i rzuciłam niechętne spojrzenie w stronę budynku. Mimo panującego chłodu, postanowiłam się przejść. Musiałam się trochę uspokoić, a spacer po ogrodzie wydawał się dobrym pomysłem. Przecież nic strasznego nie mogło się wydarzyć, prawda?
Wędrowałam spokojnie po kamiennych alejkach, wokół których rosły krzaki róż. Ominęłam fontannę. Wiatr szumiał pobliskimi drzewami, otaczającymi rezydencję pierścieniem zdziczałej zieleni. Nie mogłam poddać się spokojowi kojącej natury, które oferowało to piękne miejsce. Wciąż brakowało mi czegoś do okiełznania chaosu w umyśle. Po raz kolejny zatoczyłam leniwą pętle, wdychając aromatyczny zapach kwiatów. Poświęciłam im spojrzenie, czasami nawet dotyk zziębniętymi opuszkami palców — wtedy odpadały pod naporem, a ja miałam wściekłą ochotę rwać róże tak długo, aż nie poraniłam bym sobie dłoni. Na szczęście niespokojne myśli nie pozwalały na jakikolwiek postój.
W mroku stworzonym przez, wydłużone i zniekształcone, cienie różnych postaci natury — tam gdzie nie docierał blask księżyca z gwiazdami — wyłoniła się nieśmiało, ścieżka. Ciągnęła się w głąb niewielkiego lasu, znikając za większym drzewem, przysłaniającym dalsze rozpatrzenie terenu. Niezgrabnie ruszyłam w stronę żwirowego dywanu, wyłożonego na zieleni, wywołując chrzęst z pod podeszwy butów. Czułam, jak przemarzałam do kości. Chłód wżerał się w szpik, przekazując bolące sygnały całemu ciału.
Wyszłam zza gęstych drzew, które okazały się przysłaniać pobliskie jezioro. Mogłam zobaczyć je co noc. Przyjrzałam się dokładniej plamie kolorów, przemieszczającej się rytmicznie do przodu na tle wody. Zmrużyłam mocno oczy, żeby nadać rzeczy kontur. Powoli wzrok przedarł się przez delikatną mgłę, rozpoznając w niej sylwetkę Yui. Szła, jakby zahipnotyzowana, kołysząc się na boki. Z obawy, że jasnowłosa nie chciała mnie widzieć, przez to co powiedziałam, skierowałam się, bez większego namysłu, w stronę jeziora. Schodząc ostrożnie po stromym, lecz niewielkim, wzniesieniu, znalazłam się na zarośniętym brzegu wody, obmywanego bezpośrednio przez łagodne fale, wywołane zimnym wiatrem.
Kucnęłam jak najbliżej wody. Bez problemu obmywała poniszczone trampki, które z zachłannością gąbki, wsączały lodowatą ciecz. Objęłam ochronnie ramionami gołe nogi, przyciskając brodę do bladych, twardych kolan. Spojrzałam na wpół nieprzytomnym wzrokiem, na ciemną taflę, odbijającą księżyc w pełni, który pod wpływem ruchu fal, marszczył swe dumne oblicze. Nagle, gdy wreszcie odsapnęłam, wszystko na mnie upadło. Całe te wydarzenia, które zaczęły bezlitośnie piętrzyć się w wysoką stertę od choroby Akihito. Uderzyła we mnie ogromna bezsilność, owinęła się cierniowym wieńcem wokół szyi, wbijając z uwielbieniem swe kolce, zabarwiające się czerwienią niewinnej krwi.
Żałowałam, że pozwoliłam sobie przystanąć. Właśnie teraz. Właśnie tutaj. W tym momencie. Gdzieś w głębi czułam, że jeszcze nie doświadczyłam tego najgorszego, że ciągle było przede mną, pastwiąc się, czekając i rosnąc w sile; przybierając olbrzymie oblicze potęgi, które zwali mnie, bezceremonialnie z nóg, za jednym zamachem.
Tak właśnie — prawie wpadając do jeziora, w ostateczności utrzymując równowagę i upadając do tyłu — wyrwano mnie gwałtownie z rozmyślań. Mocny wiatr zahuczał złowrogo, niszcząc spokojną taflę wody, nadając jej gniewnego poruszenia, a drzewa skłonił do niskiego pokłonu, porywając w szalony taniec drobne liście, które z zawziętością podążały za jego wolą. Czarne kosmyki wzbudziły niespokojny bunt, chcąc dołączyć do wielkiego pokazu, oderwać od głowy swoje zakorzenione cebulki i pofrunąć w nieskalane niebiosa. Oderwałam, jedną z zabrudzonych od grząskiej i mokrej ziemi, dłoń, żeby okiełznać sieć przysłaniającą mi widok. Nie dając sobie rady, i budząc się z nagłego szoku wywołanego porywczym żywiołem, prędko wstałam, żeby udać się na spoczynek w mrocznej rezydencji. Obawiałam się zastać burzę. Byłam w takim położeniu, że łatwo mógł mnie dosięgnąć piorun.
Próbując zrobić pierwszy krok, szybko przekonałam się, że kończyny bezceremonialnie odmówiły mi posłuszeństwa. Nie miałam pojęcia, ile kucałam w lodowatej wodzie, ale na pewno dostatecznie długo, żeby zesztywnieć. Nieporadnie podkurczyłam palce u stóp, próbując zmobilizować krążenie, do najszybszego powrotu do normy. Wzdrygnęłam się gwałtownie, gdy wiatr bezlitośnie uderzył moje odsłonięte nogi.
Mimo wyczerpania, które przebiegało zimnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, nie mogłam zasnąć. Zegar wybił prawie trzecią w nocy, irytująco tykając w ogłuszającej ciszy, która nastała w rezydencji po agresywnym porywie wiatru. Wracając do budynku, zobaczyłam krwawy odcień księżyca, który, od tak nagle, przybrał taką barwę. Z tego, co wiem, zaćmienie księżyca nie mogło nastać tak szybko, a szczególnie w tak intensywnym kolorze. To było dziwne i niepokojące, wcale nie nietypowe, bo niemożliwe.
Już dawno odrzuciłam na bok logiczne rozumowanie, przypominając sobie, że wcale takowego nie potrzebowałam. Mieszkałam przecież z szóstką wampirów, miałam dziwną, realną wizję i nieraz, dzwony biły mi w głowie. Ciągle musiałam sobie to przypominać. Nie stąpałam po rzeczywistym gruncie. Zatrzęsłam się z zimna, następnie kichając. Z niedowierzaniem pokręciłam głową, nie dopuszczając do siebie, że jeszcze na domiar złego, mogłam się rozchorować. Z głośnym westchnięciem, odepchnęłam kołdrę i udałam się na gorącą kąpiel. Może ona pomoże mi wreszcie przymknąć oko na dłużej.
W drodze do łazienki, usłyszałam kobiecy śmiech. Zdziwiłam się, bo nie wiedziałam, ani nie widziałam, że jeszcze, oprócz Yui, mnie i szóstki wampirów, mieszka tu ktoś jeszcze. Nagle przypomniałam sobie osobę, przez którą doznałam wizji. Nie byłam pewna, czy istniała w rzeczywistości, cokolwiek definicja tego słowa oznaczała w obecnej sytuacji. Może to ona? Przeklinając, po raz kolejny, swoją ciekawość, zeszłam po schodach do salonu.
Jasność, która do tej pory nie była spotykana w ciemnościach panujących na korytarzach, poraziła gwałtownie moje oczy. Przetarłam je palcami wskazującymi, próbując uchylić powieki. Gdy przyzwyczaiłam się do mocnego oświetlenia, zachłysnęłam się powietrzem przez nagły ból głowy. Starałam się go ignorować, dostrzegając wyłożoną, na brązowo-pomarańczowej sofie, Yui. Ubrana była w granatową, smukłą sukienkę z rękawiczkami w tym samym kolorze i wpiętą, we włosy, ozdobną czerwoną różę, o czarnych obwódkach zakończających płatki kwiatu. Skrzywiłam się, marszcząc mocno brwi. U jej boku stał mężczyzna, którego do tej pory nie widziałam, oraz Reiji.
W mroku stworzonym przez, wydłużone i zniekształcone, cienie różnych postaci natury — tam gdzie nie docierał blask księżyca z gwiazdami — wyłoniła się nieśmiało, ścieżka. Ciągnęła się w głąb niewielkiego lasu, znikając za większym drzewem, przysłaniającym dalsze rozpatrzenie terenu. Niezgrabnie ruszyłam w stronę żwirowego dywanu, wyłożonego na zieleni, wywołując chrzęst z pod podeszwy butów. Czułam, jak przemarzałam do kości. Chłód wżerał się w szpik, przekazując bolące sygnały całemu ciału.
Wyszłam zza gęstych drzew, które okazały się przysłaniać pobliskie jezioro. Mogłam zobaczyć je co noc. Przyjrzałam się dokładniej plamie kolorów, przemieszczającej się rytmicznie do przodu na tle wody. Zmrużyłam mocno oczy, żeby nadać rzeczy kontur. Powoli wzrok przedarł się przez delikatną mgłę, rozpoznając w niej sylwetkę Yui. Szła, jakby zahipnotyzowana, kołysząc się na boki. Z obawy, że jasnowłosa nie chciała mnie widzieć, przez to co powiedziałam, skierowałam się, bez większego namysłu, w stronę jeziora. Schodząc ostrożnie po stromym, lecz niewielkim, wzniesieniu, znalazłam się na zarośniętym brzegu wody, obmywanego bezpośrednio przez łagodne fale, wywołane zimnym wiatrem.
Kucnęłam jak najbliżej wody. Bez problemu obmywała poniszczone trampki, które z zachłannością gąbki, wsączały lodowatą ciecz. Objęłam ochronnie ramionami gołe nogi, przyciskając brodę do bladych, twardych kolan. Spojrzałam na wpół nieprzytomnym wzrokiem, na ciemną taflę, odbijającą księżyc w pełni, który pod wpływem ruchu fal, marszczył swe dumne oblicze. Nagle, gdy wreszcie odsapnęłam, wszystko na mnie upadło. Całe te wydarzenia, które zaczęły bezlitośnie piętrzyć się w wysoką stertę od choroby Akihito. Uderzyła we mnie ogromna bezsilność, owinęła się cierniowym wieńcem wokół szyi, wbijając z uwielbieniem swe kolce, zabarwiające się czerwienią niewinnej krwi.
Żałowałam, że pozwoliłam sobie przystanąć. Właśnie teraz. Właśnie tutaj. W tym momencie. Gdzieś w głębi czułam, że jeszcze nie doświadczyłam tego najgorszego, że ciągle było przede mną, pastwiąc się, czekając i rosnąc w sile; przybierając olbrzymie oblicze potęgi, które zwali mnie, bezceremonialnie z nóg, za jednym zamachem.
Tak właśnie — prawie wpadając do jeziora, w ostateczności utrzymując równowagę i upadając do tyłu — wyrwano mnie gwałtownie z rozmyślań. Mocny wiatr zahuczał złowrogo, niszcząc spokojną taflę wody, nadając jej gniewnego poruszenia, a drzewa skłonił do niskiego pokłonu, porywając w szalony taniec drobne liście, które z zawziętością podążały za jego wolą. Czarne kosmyki wzbudziły niespokojny bunt, chcąc dołączyć do wielkiego pokazu, oderwać od głowy swoje zakorzenione cebulki i pofrunąć w nieskalane niebiosa. Oderwałam, jedną z zabrudzonych od grząskiej i mokrej ziemi, dłoń, żeby okiełznać sieć przysłaniającą mi widok. Nie dając sobie rady, i budząc się z nagłego szoku wywołanego porywczym żywiołem, prędko wstałam, żeby udać się na spoczynek w mrocznej rezydencji. Obawiałam się zastać burzę. Byłam w takim położeniu, że łatwo mógł mnie dosięgnąć piorun.
Próbując zrobić pierwszy krok, szybko przekonałam się, że kończyny bezceremonialnie odmówiły mi posłuszeństwa. Nie miałam pojęcia, ile kucałam w lodowatej wodzie, ale na pewno dostatecznie długo, żeby zesztywnieć. Nieporadnie podkurczyłam palce u stóp, próbując zmobilizować krążenie, do najszybszego powrotu do normy. Wzdrygnęłam się gwałtownie, gdy wiatr bezlitośnie uderzył moje odsłonięte nogi.
♠ ♠ ♠
Mimo wyczerpania, które przebiegało zimnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, nie mogłam zasnąć. Zegar wybił prawie trzecią w nocy, irytująco tykając w ogłuszającej ciszy, która nastała w rezydencji po agresywnym porywie wiatru. Wracając do budynku, zobaczyłam krwawy odcień księżyca, który, od tak nagle, przybrał taką barwę. Z tego, co wiem, zaćmienie księżyca nie mogło nastać tak szybko, a szczególnie w tak intensywnym kolorze. To było dziwne i niepokojące, wcale nie nietypowe, bo niemożliwe.
Już dawno odrzuciłam na bok logiczne rozumowanie, przypominając sobie, że wcale takowego nie potrzebowałam. Mieszkałam przecież z szóstką wampirów, miałam dziwną, realną wizję i nieraz, dzwony biły mi w głowie. Ciągle musiałam sobie to przypominać. Nie stąpałam po rzeczywistym gruncie. Zatrzęsłam się z zimna, następnie kichając. Z niedowierzaniem pokręciłam głową, nie dopuszczając do siebie, że jeszcze na domiar złego, mogłam się rozchorować. Z głośnym westchnięciem, odepchnęłam kołdrę i udałam się na gorącą kąpiel. Może ona pomoże mi wreszcie przymknąć oko na dłużej.
W drodze do łazienki, usłyszałam kobiecy śmiech. Zdziwiłam się, bo nie wiedziałam, ani nie widziałam, że jeszcze, oprócz Yui, mnie i szóstki wampirów, mieszka tu ktoś jeszcze. Nagle przypomniałam sobie osobę, przez którą doznałam wizji. Nie byłam pewna, czy istniała w rzeczywistości, cokolwiek definicja tego słowa oznaczała w obecnej sytuacji. Może to ona? Przeklinając, po raz kolejny, swoją ciekawość, zeszłam po schodach do salonu.
Jasność, która do tej pory nie była spotykana w ciemnościach panujących na korytarzach, poraziła gwałtownie moje oczy. Przetarłam je palcami wskazującymi, próbując uchylić powieki. Gdy przyzwyczaiłam się do mocnego oświetlenia, zachłysnęłam się powietrzem przez nagły ból głowy. Starałam się go ignorować, dostrzegając wyłożoną, na brązowo-pomarańczowej sofie, Yui. Ubrana była w granatową, smukłą sukienkę z rękawiczkami w tym samym kolorze i wpiętą, we włosy, ozdobną czerwoną różę, o czarnych obwódkach zakończających płatki kwiatu. Skrzywiłam się, marszcząc mocno brwi. U jej boku stał mężczyzna, którego do tej pory nie widziałam, oraz Reiji.
— Nie spodziewałem się, że zobaczę ciebie — odezwał się okularnik, wyrywając mnie z bezmyślnego wgapiania się w Yui.
— Sporo czasu, Reiji, gdybyś nie był takim sztywniakiem—
Odcięłam się. Informacje dotarły do mnie powoli, ale w końcu zrozumiałam. Ten irytujący głos, te jadowicie zielone tęczówki. To nie Yui, a co gorsze, w tym momencie wiedziałam, o co chodziło mojej mamie, gdy powiedziała, że to musiał być odpowiedni moment. Poczułam to. Nie wiem jak, ale poczułam, że teraz właśnie nastąpiła ta chwila. Serce zaczęło uderzać o moją klatkę piersiową z niewyobrażalnym podekscytowaniem i narastającym strachem. Ta kobieta przypominała mi o matce trojaczków z wizji.
— ... Dlaczego nie usiądziesz? Chciałam bym z tobą porozmawiać.
Ponownie mój umysł skupił się na odgłosach rozmów z góry, na co zareagowałam lekkim dreszczem, myśląc, że ona przemówiła do mnie. Nie wiedziałam, czemu mnie jeszcze nie dostrzegli.
— Co się stało? Czyżbyś zrezygnował, Reiji?
Trzeba natychmiast się wycofać, póki była jeszcze do tego okazja, ale nogi, jakby przytwierdziły mi się do podłogi. Miałam ochotę nakrzyczeć na mój nagły napad paniki. Powinnam się ewakuować i to prędko, a nie mogłam. Do mych uszu dotarł śmiech, który był tak przepełniony obrzydliwością, że od razu zirytowałam się, że go słyszę. Ta kobieta mówiła coś o jakiejś Beatrix. Chyba musiała być ważna dla Reiji'ego, sądząc po jego reakcji. Nienawidziłam osób, które mówiły źle o innych za ich plecami, a w szczególności o tych, którzy byli dla nas bezcenni. Zrobiło mi się żal wampira.
Nagle kobieta w ciele Yui, pojawiła się przed Reijim, kładąc mu ręce na karku i ramieniu. Zaczęła szeptać do ucha okularnika, gładząc jego włosy. Zdumiało mnie, że widzę Yui, która tak śmiało podchodzi do mężczyzny, wchodząc z nim w takie interakcje. Wiedziałam, że to nie jasnowłosa, ale nadal dziwnie było na to patrzeć. Czułam się, jakby poza tym wszystkim. Ignorowali mnie, bądź nie dostrzegali. Przecież nie stałam tak daleko, co prawda w kącie, ale widocznym, jak na mój gust.
Zachłysnęłam się powietrzem, gdy kobieta o irytującym głosie, pocałowała Reiji'ego. Dopiero teraz zauważyłam, że nie miał okularów. Poczułam, jak ciepło oblewa moje policzki, a żołądek przetoczył salto, powodując odruch wymiotny. Ciało nie mogło zdecydować się na niekontrastujące ze sobą reakcje, przez co zaczął doskwierać mi dyskomfort. Tak po prostu bezczelnie podglądałam. Całą siłą woli, podniosłam nogę, pomagając sobie ręką. Musiałam się stąd wydostać, musiałam. Usłyszałam trzask, na co zaskoczona, ponownie obróciłam wzrok w stronę tej trójki. Zanim zdążyłam to zrobić, Laito, który nagle się pojawił, rzucił mi zimne spojrzenie, którego jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Znieruchomiałam. Przeraziłam się, poczułam się winna.
Dlaczego? Ale... przecież...
— Ne, ne~ — zagruchał. — Przestańcie prowadzić wojny.
— Laito.
Przeniosła wzrok na rudowłosego, a następnie oparła się z uśmiechem o barierkę. Miałam wrażenie, że przez chwilę spojrzała na mnie. Tępy ból głowy ciągle dawał o sobie znać gdzieś z tyłu czaszki, ale walecznie go ignorowałam.
— Nie spodziewałem zastać cię już teraz — powiedział, nie spuszczając wzroku z kobiety i podpierając rękę na biodrze.
— Tak mi przykro, że zawiodłam twoje oczekiwania — odrzekła z lekkim chichotem, który przyprawił mnie o dreszcze.
— Ależ nie, jest jeszcze lepiej, niż mogło być.
W głosie Laito mogłam usłyszeć coś innego. Sama nie wiem, co to było, ale wiem, że kapelusznik nie był taki sam.
— Moja mała ptaszyna, zachwyć matkę swoim śpiewem. — Wyciągnęła przed siebie rękę, zachęcając Kanato, który przed chwilą się pojawił, do wykonania czynności.
Czegoś nie rozumiałam. Skoro to ich matka, to dlaczego nie jest w swoim ciele? Przecież widziałam je w wizji. Było o wiele piękniejsze, niż obecne, jak przystało na wampirzyce. Co tu się wydarzyło? Zaczęłam skubać niespokojnie skrawek puszystej bluzy. Miałam złe przeczucia. W końcu zaczęli pojawiać się wszyscy po kolei. Subaru, słysząc od mężczyzny o ciemnozielonych włosach, o swojej matce, zaatakował go, ale on z łatwością zablokował jego ruch, wykręcając nadgarstek białowłosego. To było straszne, gdy strzeliła mu kość. Zaczęłam wycofywać się jeszcze dalej. Nogi zaczęły pulsować od nadmiaru adrenaliny, ale paraliż uniemożliwiał mi poruszanie.
Niech to szlag!
Zostało wymienionych tak dużo spraw i nieznanych mi imion, że coraz bardziej czułam się zbędna, jakbym oglądała film, w którym nie uczestniczyłam. Kobieta rozkazała wysokiemu mężczyźnie w czarnym płaszczu, żeby zabił wszystkich, bo przeszkadzają jej w całkowitym powrocie do żywych. Zmroziło mi krew w żyłach. Nie z powodu mojego bezpieczeństwa, ale Yui. Poważnie zaczęłam się bać, co się teraz z nią dzieje. Mężczyzna chyba zaczął stawiać opór, ponieważ matka trojaczków, zdziwiona, uniosła na niego wzrok. Nagle, po krótkiej wymianie zdań, chwycił ją za nadgarstek i przechylił tak, żeby z łatwością móc się wbić kłami w szyję. Wtedy pojawił się Ayato.
— Nie dotykaj jej. To moja własność, nie pozwolę ci, żebyś ją dotykał — powiedział głośnym głosem.
Yui do nikogo nie należy!
Usłyszałam szczęk metalu, po czym zielonowłosy zamachnął wyjętym mieczem w stronę Ayato. Zaskoczony, odskoczył w tył, ale ten drugi, nie dawał za wygraną, i trzymając ciało Yui, napierał na czerwonowłosego kolejnymi ciosami, które Ayato sprawnie unikał, dopóki nie został przyparty do ściany. Wtedy mężczyzna wbił mu ostrze w ramię. Wzdrygnęłam się.
— Ayato-kun...
Ciche drżenie głosu blondynki dotarło do moich uszu. Nie miałam pojęcia, jak je usłyszałam, ale wyraźnie do mnie dotarło. Zamarłam. Miałam wrażenie, że w panującej ciszy, nawet moje serce przestało bić. Yui wyrwała się gwałtownie z uścisku zaskoczonego zielonowłosego i zbiegając niżej po schodach, wyjęła srebrny sztylet. Wszyscy sapnęli zaskoczeni. Krew zaczęła szumieć mi w uszach. Poczułam narastające zimno w każdej komórce mojego ciała.
— Nikt już nie ucierpi...
Wbiła sobie ostrze prosto w środek klatki piersiowej.
— NIE!!! YUI, NIE!!! — wrzasnęłam potężnym krzykiem z wnętrza płuc, natychmiastowo podbiegając do spadającej dziewczyny.
Zanim przebiegłam gorączkowo cały salon, jako, że byłam człowiekiem trochę to trwało, Ayato płynnie złapał blondynkę w swe ramiona. Nie przejęłam się nawet tym, że mężczyzna w czarnym płaszczu zamachnął się mieczem, a czerwonowłosy dźgnął go swoim ostrzem, i nie przejęłam się potokiem ciemnej cieczy wypływającej z rany na piękny dywan. Z mocnym uderzeniem, opadłam na kolana przy nieprzytomnej dziewczynie.
— Hej! Otwórz oczy!
Nim zdążyłam otworzyć drżące usta, Ayato spróbował dotrzeć do Yui przede mną.
— Jaka głupia — odezwała się ta kobieta, która ponownie przejęła kontrolę nad ciałem jasnowłosej. Skrzywiłam się, powstrzymując, całą siłą woli, rękę, żeby jej nie uderzyć. — Tylko głupia próbowałaby się zabić. Ale to tylko kwestia czasu, zanim to ja przejmę kontrolę nad tym ciałem, a ona umrze. — Zaśmiała się lekko, ostatecznie zamykając oczy. Otrząsnęłam się.
— Ne, Yui. Yui! Proszę otwórz oczy, kochana otwórz je! — krzyknęłam zrozpaczona, desperacko poruszając jej ciałem.
— Zgłupiałaś?! Zostaw ją! — zwrócił mi uwagę Ayato, ale odepchnęłam jego dłoń z nieukrywaną wściekłością.
— Yui, Yui! Tak bardzo przepraszam, tak bardzo przepraszam, ja — zachłysnęłam się przez nagły szloch, który wydobył się niespodziewanie z gardła — ja żałuję, naprawdę, ja, nic się nie stało, naprawdę. — Pogładziłam jej miękkie, falowane włosy, z utęsknieniem patrząc w blade oblicze dziewczyny.
Dziwnie przekonana, poczułam, że matka trojaczków odeszła na razie na dobre.
— Oya, nie mogę uwierzyć. Muszę przyznać, że Bitch-chan jest niezwykła — powiedział ze spokojem Laito.
— Jest zbyt wymagająca jak na ofiarę — dodał Shu, bez krzty współczucia.
Zatrzęsłam się, odruchowo wbijając paznokcie w skórę dłoni.
— CHOLERA, ZRÓBCIE COŚ!
Wpadłam w furię, nie mogąc znieść, że nic nie robiliśmy, aby jej pomóc. Rozmawiali ze sobą, jakby nic się nie stało, a Yui nie leżała, wykrwawiając się. Nikt się nie odezwał, a wszyscy dalej patrzyli się beznamiętnie bądź z pogardą.
Przeklęty Reiji! I ja mu współczułam?! Wolne żarty!
Spojrzałam na Subaru, który pojawił się przed nami, gdy wodziłam zimnym wzrokiem po zgromadzonych wampirach, i zasłonił mi widok. Bez słowa wyjął sztylet z klatki piersiowej Yui, a ja od razu chwyciłam go za przedramię. O dziwo, nie dostrzegłam złości w jego oczach. Nie wyrażały nic.
— Hej! — krzyknęłam po raz kolejny. — Co robi—
— Zamknij się, Rybi Naleśniku — wciął się Ayato, urywając mój piskliwy głos, który rozniósł się echem po przestronnym pomieszczeniu. — Zaniesiemy ją na sofę, tylko już nie wrzeszcz.
— Jak mam nie wrzeszczeć?! JAK mam do cholery patrzeć, jak ważna dla mnie osoba umiera?! CO?! — wydarłam się tak mocno, że poczułam pieczenie w gardle. Czerwonowłosy wzruszył ramionami i podniósł coraz bledszą Yui. Pobiegłam za nim. — Co teraz? Co teraz? Co zrobicie? Trzeba zadzwonić po pogotowie, albo—! Wymyślcie coś, ona umiera! — tłumaczyłam spanikowana, nie wiedząc, co mają zamiar zrobić.
Czułam i widziałam na sobie wszystkie spojrzenia, które wierciły we mnie dziury. Pogardliwe, wyrażające niechęć, nawet rozbawione. Zakręciło mi się w głowie, ale dużymi krokami nadganiałam oddalającą się odległość pomiędzy mną a Ayato. Usłyszałam głośne dudnienie, więc rozejrzałam się na boki. Przystanęłam.
— Hej, co jest—
Urwałam, czując okropny ból w czaszce. Coś jak dźwięk wielkiej, działającej maszyny, rozbrzmiał się po całym salonie. Nie mogłam stwierdzić, czy ktoś jeszcze to słyszał czy tylko ja, bo zacisnęłam kurczowo powieki. Złapałam się za głowę, masując uporczywie skronie, nie mogąc znieść rwącego bólu. Po chwili nie dałam rady ustać w miejscu, a następnie widziałam już tylko czerń.
— Sporo czasu, Reiji, gdybyś nie był takim sztywniakiem—
Odcięłam się. Informacje dotarły do mnie powoli, ale w końcu zrozumiałam. Ten irytujący głos, te jadowicie zielone tęczówki. To nie Yui, a co gorsze, w tym momencie wiedziałam, o co chodziło mojej mamie, gdy powiedziała, że to musiał być odpowiedni moment. Poczułam to. Nie wiem jak, ale poczułam, że teraz właśnie nastąpiła ta chwila. Serce zaczęło uderzać o moją klatkę piersiową z niewyobrażalnym podekscytowaniem i narastającym strachem. Ta kobieta przypominała mi o matce trojaczków z wizji.
— ... Dlaczego nie usiądziesz? Chciałam bym z tobą porozmawiać.
Ponownie mój umysł skupił się na odgłosach rozmów z góry, na co zareagowałam lekkim dreszczem, myśląc, że ona przemówiła do mnie. Nie wiedziałam, czemu mnie jeszcze nie dostrzegli.
— Co się stało? Czyżbyś zrezygnował, Reiji?
Trzeba natychmiast się wycofać, póki była jeszcze do tego okazja, ale nogi, jakby przytwierdziły mi się do podłogi. Miałam ochotę nakrzyczeć na mój nagły napad paniki. Powinnam się ewakuować i to prędko, a nie mogłam. Do mych uszu dotarł śmiech, który był tak przepełniony obrzydliwością, że od razu zirytowałam się, że go słyszę. Ta kobieta mówiła coś o jakiejś Beatrix. Chyba musiała być ważna dla Reiji'ego, sądząc po jego reakcji. Nienawidziłam osób, które mówiły źle o innych za ich plecami, a w szczególności o tych, którzy byli dla nas bezcenni. Zrobiło mi się żal wampira.
Nagle kobieta w ciele Yui, pojawiła się przed Reijim, kładąc mu ręce na karku i ramieniu. Zaczęła szeptać do ucha okularnika, gładząc jego włosy. Zdumiało mnie, że widzę Yui, która tak śmiało podchodzi do mężczyzny, wchodząc z nim w takie interakcje. Wiedziałam, że to nie jasnowłosa, ale nadal dziwnie było na to patrzeć. Czułam się, jakby poza tym wszystkim. Ignorowali mnie, bądź nie dostrzegali. Przecież nie stałam tak daleko, co prawda w kącie, ale widocznym, jak na mój gust.
Zachłysnęłam się powietrzem, gdy kobieta o irytującym głosie, pocałowała Reiji'ego. Dopiero teraz zauważyłam, że nie miał okularów. Poczułam, jak ciepło oblewa moje policzki, a żołądek przetoczył salto, powodując odruch wymiotny. Ciało nie mogło zdecydować się na niekontrastujące ze sobą reakcje, przez co zaczął doskwierać mi dyskomfort. Tak po prostu bezczelnie podglądałam. Całą siłą woli, podniosłam nogę, pomagając sobie ręką. Musiałam się stąd wydostać, musiałam. Usłyszałam trzask, na co zaskoczona, ponownie obróciłam wzrok w stronę tej trójki. Zanim zdążyłam to zrobić, Laito, który nagle się pojawił, rzucił mi zimne spojrzenie, którego jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Znieruchomiałam. Przeraziłam się, poczułam się winna.
Dlaczego? Ale... przecież...
— Ne, ne~ — zagruchał. — Przestańcie prowadzić wojny.
— Laito.
Przeniosła wzrok na rudowłosego, a następnie oparła się z uśmiechem o barierkę. Miałam wrażenie, że przez chwilę spojrzała na mnie. Tępy ból głowy ciągle dawał o sobie znać gdzieś z tyłu czaszki, ale walecznie go ignorowałam.
— Nie spodziewałem zastać cię już teraz — powiedział, nie spuszczając wzroku z kobiety i podpierając rękę na biodrze.
— Tak mi przykro, że zawiodłam twoje oczekiwania — odrzekła z lekkim chichotem, który przyprawił mnie o dreszcze.
— Ależ nie, jest jeszcze lepiej, niż mogło być.
W głosie Laito mogłam usłyszeć coś innego. Sama nie wiem, co to było, ale wiem, że kapelusznik nie był taki sam.
— Moja mała ptaszyna, zachwyć matkę swoim śpiewem. — Wyciągnęła przed siebie rękę, zachęcając Kanato, który przed chwilą się pojawił, do wykonania czynności.
Czegoś nie rozumiałam. Skoro to ich matka, to dlaczego nie jest w swoim ciele? Przecież widziałam je w wizji. Było o wiele piękniejsze, niż obecne, jak przystało na wampirzyce. Co tu się wydarzyło? Zaczęłam skubać niespokojnie skrawek puszystej bluzy. Miałam złe przeczucia. W końcu zaczęli pojawiać się wszyscy po kolei. Subaru, słysząc od mężczyzny o ciemnozielonych włosach, o swojej matce, zaatakował go, ale on z łatwością zablokował jego ruch, wykręcając nadgarstek białowłosego. To było straszne, gdy strzeliła mu kość. Zaczęłam wycofywać się jeszcze dalej. Nogi zaczęły pulsować od nadmiaru adrenaliny, ale paraliż uniemożliwiał mi poruszanie.
Niech to szlag!
Zostało wymienionych tak dużo spraw i nieznanych mi imion, że coraz bardziej czułam się zbędna, jakbym oglądała film, w którym nie uczestniczyłam. Kobieta rozkazała wysokiemu mężczyźnie w czarnym płaszczu, żeby zabił wszystkich, bo przeszkadzają jej w całkowitym powrocie do żywych. Zmroziło mi krew w żyłach. Nie z powodu mojego bezpieczeństwa, ale Yui. Poważnie zaczęłam się bać, co się teraz z nią dzieje. Mężczyzna chyba zaczął stawiać opór, ponieważ matka trojaczków, zdziwiona, uniosła na niego wzrok. Nagle, po krótkiej wymianie zdań, chwycił ją za nadgarstek i przechylił tak, żeby z łatwością móc się wbić kłami w szyję. Wtedy pojawił się Ayato.
— Nie dotykaj jej. To moja własność, nie pozwolę ci, żebyś ją dotykał — powiedział głośnym głosem.
Yui do nikogo nie należy!
Usłyszałam szczęk metalu, po czym zielonowłosy zamachnął wyjętym mieczem w stronę Ayato. Zaskoczony, odskoczył w tył, ale ten drugi, nie dawał za wygraną, i trzymając ciało Yui, napierał na czerwonowłosego kolejnymi ciosami, które Ayato sprawnie unikał, dopóki nie został przyparty do ściany. Wtedy mężczyzna wbił mu ostrze w ramię. Wzdrygnęłam się.
— Ayato-kun...
Ciche drżenie głosu blondynki dotarło do moich uszu. Nie miałam pojęcia, jak je usłyszałam, ale wyraźnie do mnie dotarło. Zamarłam. Miałam wrażenie, że w panującej ciszy, nawet moje serce przestało bić. Yui wyrwała się gwałtownie z uścisku zaskoczonego zielonowłosego i zbiegając niżej po schodach, wyjęła srebrny sztylet. Wszyscy sapnęli zaskoczeni. Krew zaczęła szumieć mi w uszach. Poczułam narastające zimno w każdej komórce mojego ciała.
— Nikt już nie ucierpi...
Wbiła sobie ostrze prosto w środek klatki piersiowej.
— NIE!!! YUI, NIE!!! — wrzasnęłam potężnym krzykiem z wnętrza płuc, natychmiastowo podbiegając do spadającej dziewczyny.
Zanim przebiegłam gorączkowo cały salon, jako, że byłam człowiekiem trochę to trwało, Ayato płynnie złapał blondynkę w swe ramiona. Nie przejęłam się nawet tym, że mężczyzna w czarnym płaszczu zamachnął się mieczem, a czerwonowłosy dźgnął go swoim ostrzem, i nie przejęłam się potokiem ciemnej cieczy wypływającej z rany na piękny dywan. Z mocnym uderzeniem, opadłam na kolana przy nieprzytomnej dziewczynie.
— Hej! Otwórz oczy!
Nim zdążyłam otworzyć drżące usta, Ayato spróbował dotrzeć do Yui przede mną.
— Jaka głupia — odezwała się ta kobieta, która ponownie przejęła kontrolę nad ciałem jasnowłosej. Skrzywiłam się, powstrzymując, całą siłą woli, rękę, żeby jej nie uderzyć. — Tylko głupia próbowałaby się zabić. Ale to tylko kwestia czasu, zanim to ja przejmę kontrolę nad tym ciałem, a ona umrze. — Zaśmiała się lekko, ostatecznie zamykając oczy. Otrząsnęłam się.
— Ne, Yui. Yui! Proszę otwórz oczy, kochana otwórz je! — krzyknęłam zrozpaczona, desperacko poruszając jej ciałem.
— Zgłupiałaś?! Zostaw ją! — zwrócił mi uwagę Ayato, ale odepchnęłam jego dłoń z nieukrywaną wściekłością.
— Yui, Yui! Tak bardzo przepraszam, tak bardzo przepraszam, ja — zachłysnęłam się przez nagły szloch, który wydobył się niespodziewanie z gardła — ja żałuję, naprawdę, ja, nic się nie stało, naprawdę. — Pogładziłam jej miękkie, falowane włosy, z utęsknieniem patrząc w blade oblicze dziewczyny.
Dziwnie przekonana, poczułam, że matka trojaczków odeszła na razie na dobre.
— Oya, nie mogę uwierzyć. Muszę przyznać, że Bitch-chan jest niezwykła — powiedział ze spokojem Laito.
— Jest zbyt wymagająca jak na ofiarę — dodał Shu, bez krzty współczucia.
Zatrzęsłam się, odruchowo wbijając paznokcie w skórę dłoni.
— CHOLERA, ZRÓBCIE COŚ!
Wpadłam w furię, nie mogąc znieść, że nic nie robiliśmy, aby jej pomóc. Rozmawiali ze sobą, jakby nic się nie stało, a Yui nie leżała, wykrwawiając się. Nikt się nie odezwał, a wszyscy dalej patrzyli się beznamiętnie bądź z pogardą.
Przeklęty Reiji! I ja mu współczułam?! Wolne żarty!
Spojrzałam na Subaru, który pojawił się przed nami, gdy wodziłam zimnym wzrokiem po zgromadzonych wampirach, i zasłonił mi widok. Bez słowa wyjął sztylet z klatki piersiowej Yui, a ja od razu chwyciłam go za przedramię. O dziwo, nie dostrzegłam złości w jego oczach. Nie wyrażały nic.
— Hej! — krzyknęłam po raz kolejny. — Co robi—
— Zamknij się, Rybi Naleśniku — wciął się Ayato, urywając mój piskliwy głos, który rozniósł się echem po przestronnym pomieszczeniu. — Zaniesiemy ją na sofę, tylko już nie wrzeszcz.
— Jak mam nie wrzeszczeć?! JAK mam do cholery patrzeć, jak ważna dla mnie osoba umiera?! CO?! — wydarłam się tak mocno, że poczułam pieczenie w gardle. Czerwonowłosy wzruszył ramionami i podniósł coraz bledszą Yui. Pobiegłam za nim. — Co teraz? Co teraz? Co zrobicie? Trzeba zadzwonić po pogotowie, albo—! Wymyślcie coś, ona umiera! — tłumaczyłam spanikowana, nie wiedząc, co mają zamiar zrobić.
Czułam i widziałam na sobie wszystkie spojrzenia, które wierciły we mnie dziury. Pogardliwe, wyrażające niechęć, nawet rozbawione. Zakręciło mi się w głowie, ale dużymi krokami nadganiałam oddalającą się odległość pomiędzy mną a Ayato. Usłyszałam głośne dudnienie, więc rozejrzałam się na boki. Przystanęłam.
— Hej, co jest—
Urwałam, czując okropny ból w czaszce. Coś jak dźwięk wielkiej, działającej maszyny, rozbrzmiał się po całym salonie. Nie mogłam stwierdzić, czy ktoś jeszcze to słyszał czy tylko ja, bo zacisnęłam kurczowo powieki. Złapałam się za głowę, masując uporczywie skronie, nie mogąc znieść rwącego bólu. Po chwili nie dałam rady ustać w miejscu, a następnie widziałam już tylko czerń.
........................
3305 słów
a/n: Miałam takie olbrzymie problemy z tym rozdziałem, że to się w głowie nie mieści, ale mniejsza o to. Pisałam go w dzień przed zaćmieniem księżyca i to było takie niezamierzone, że aż się zaśmiałam. Księżyc był cudowny, szkoda, że nie widziałam tego na żywo, ale mimo wszystko, to niesamowite przeżycie zobaczyć go w takim stanie czerwoności. Kocham księżyc, jest taki piękny.
Ps Jak zauważyliście, zamieściłam ankietę o długościach rozdziałów, bo chciałam zacząć pisać, co najmniej po trzy tysiące słów, więc chcę poznać także Waszą opinię na ten temat. Zapraszam do uczestnictwa i mam nadzieję, że nie zawiedliście się na tym rozdziale, tak bardzo jak ja.
Następny rozdział
3305 słów
a/n: Miałam takie olbrzymie problemy z tym rozdziałem, że to się w głowie nie mieści, ale mniejsza o to. Pisałam go w dzień przed zaćmieniem księżyca i to było takie niezamierzone, że aż się zaśmiałam. Księżyc był cudowny, szkoda, że nie widziałam tego na żywo, ale mimo wszystko, to niesamowite przeżycie zobaczyć go w takim stanie czerwoności. Kocham księżyc, jest taki piękny.
Ps Jak zauważyliście, zamieściłam ankietę o długościach rozdziałów, bo chciałam zacząć pisać, co najmniej po trzy tysiące słów, więc chcę poznać także Waszą opinię na ten temat. Zapraszam do uczestnictwa i mam nadzieję, że nie zawiedliście się na tym rozdziale, tak bardzo jak ja.
Następny rozdział


Mnie się bardzo podobało- jak zwykle. Czekam na więcej :D Tym czasem życzę dużo weny!
OdpowiedzUsuńCieszy mnie, że się spodobało. Dziękuję za wszystkie Twoje komentarze i z chęcią wezmę wenę.
UsuńJak ja tęskniłam za Luną, jak dobrze mi się czytało.
OdpowiedzUsuńKurczę, powiedziałabym, że to może nawet jeden z lepszych twoich rozdziałów, ale pewnie dlatego, że całkiem olałam błędy (głównie przecinki) i się zaczytałam. Ostatnio mało komu mam siłę wytykać, bo tyle, ile spędzam nad własnymi, to głowa mała.
Okropnie podobało mi się to, jak splotłaś tu anime z własnym tworem. Nie wiem czemu. Po prostu czytałam z bananem na twarzy i choć wiedziałam, jak wsztstko się skończy, to i tak byłam ciekawa jak to poprowadzisz. Ah, no i urwane w takim momencie...! Wszystko zaczyna mocno nabierać tempa.
Tylko teraz martwię się, skąd Luna załatwi krew dla Akihito. No cóż, trochę niepewności nikomu nue zaszkodzi.
Życzę powidzenia w pisaniu dłuższych rozdziałów! Aż mnie wyrzuty sumienia dopadają, kiedy wszyscy pracują, a ja sobie zrobiłam przerwę. Weny, siły i rezultatów!
Ach ta interpunkcja, niby czytam reguły i próbuję się do nich zastosować, no ale nie wychodzi. Cóż, Alfą i Omegą nie jestem.
UsuńCieszę się, że choć w jakimś stopniu się podobało i oczywiście dziękuję za komentarz. A przerwy zawsze są potrzebne, tylko nie długie, ani pozbawione kompletnie pisania.
Spoiler: Żebyś się nie zdziwiła prostotą w jaki Luna dostanie krew, tak myślę haha.
Kurczę, wchodzę, a tu już 14 rozdział, podczas gdy ja wczoraj skończyłam 13 :O Szybka jesteś ( nie to co ja xd )
OdpowiedzUsuńOGROMNIE MI SIĘ PODOBA. Uwielbiam opis przeżyć bohaterki, jej rozterki, poczucie winy - prawdziwe i pięknie ujęte.
Podoba mi się, że nie zaśmiecasz opowiadania dialogami, a rzeczywiście skupiasz się na otoczeniu, myślach - wielkie brawa.
Przy takiej długości rozdziału nie będę wytykać ci wszystkich błędów, powiem tylko, że masz wiele złych przecinków. Namnażają się u ciebie jak króliki. Nic ci tu nie doradzę, bo sama daję je raczej " na czuja", ale uważaj na nie. Bardzo utrudniają czytanie.
Kolejna sprawa, zły zapis dialogów. Nie możesz robić czegoś takiego:
"— Ja... Ja wszystko wytłumaczę, proszę Luna-chan, ja– — " dajesz dywiz po myślniku. Lepiej zakończ myśl wielokropkiem, w sposób poprawny.
"Już dawno odrzuciłam na bok logiczne rozumowanie" AHHHH, TO MI SIĘ TAK KOJARZY Z MOJĄ YUKIJI <33333 Chyba podobnego określenia użyłam w 1 albo 2 rozdziale, whatever. Ogromny plus, kocham takie wyrażenia.
Co by tu jeszcze... Ogólnie, naprawdę pozytywnie. Zgadzam się z Mangle - to chyba twój najlepszy wpis. Nie mogę się doczekać, co będzie dalej z Luną ( ale na komentarz pod 14 rozdziałem dostaniesz pewno trochę później, hihi. Tak to jest, kiedy korzystasz z bibliotecznego komputera i masz jedynie 45 minut....)
Szacun jeszcze za długość. Sama bym tak chciała ;(
Pozdrawiam i weny.
Przecież ponad miesiąc minął od ostatniej notki, to zbyt długo. Potem zapomina się historię i trzeba sobie przypominać. Więc moim zdaniem rozdział z wielkim opóźnieniem.
UsuńHehe, z tymi przecinkami to chyba nigdy się nie nauczę, albo ich za mało, albo za dużo.
A z tym dialogiem, to nawet nie wiem co się porobiło, tam tego nie miało być i pomyśleć, że dziesiątki razy sprawdzałam ten rozdział pod względem tym podobnych błędów.
Co do długości, to jak się kilka razy przekroczy barierę trzech tysięcy, to potem nie da się zatrzymać i nagle wychodzi siedem.
Dziękuję za komentarz i cieszę się, że choć trochę przypadł Ci do gustu (nie wliczając błędów...). Jestem zadowolona, że rozdział był jednym z lepszych i nie cofam się do tyłu, jednak mam wrażenie, że stoję w miejscu, a to chyba to samo zło. No cóż, pozostaje łapać mi wenę.