|| 4.195 słów ||
O g i e ń c i e r p i e n i a
❝ ogień cierpienia z szyderstwem zjada niewinne serce ❞
Zadzwonił dzwonek na przerwę. Wstałam z ostrożnością, żeby niczego nie zahaczyć, i spakowałam potrzebne książki z porysowanej ławki do równie zniszczonego plecaka. Drewniana podłoga zaskrzypiała przy wykonywanych ruchach. Szkoła była stara i ledwie się trzymała. Nie przeszkadzało mi to, ważne, że mogłam się uczyć. Ktoś uderzył mnie w tył głowy, ale zignorowałam to, zgodnie z podpowiedziami nauczyciela. W końcu przestaną; zapewniał. Wyszłam z sali, żeby przemieścić się na drugie piętro, tam gdzie mieliśmy chemię.
— Kujon! Kujon!
— Głupi kujon!
— Fuj! Ona śmierdzi, blee~!
Zniżyłam głowę, próbując przejść przez garstkę rozkrzyczanych uczniów. Pociągnęłam nosem. Nie chciałam się rozpłakać z powodu podłości innych. Poczułam szarpnięcie za włosy. Ktoś uderzył mnie jakimś zeszytem. Przyśpieszyłam kroku. Do schodów zostało naprawdę niewiele.
— Patrzcie, patrzcie kto idzie! Ojoj, czyżbyś płakała? Hahaha! — odezwała się jedna z grupki dziewczyn stojących przy parapecie. Wszystkie zawtórowały jej rozemocjonowanym chichotem hien.
— Nie płaczę... — wymamrotałam cicho, próbując dostać się na drugie piętro.
Jednak cofnęło mnie silne szarpnięcie za uchwyt plecaka. Poleciałam do tyłu i z głuchym hukiem upadłam na ziemię. Zakręciło mi się w głowie, a żółć podeszła do gardła. Naprawdę bolało. Znowu rozbrzmiał się głośny śmiech z odgłosami chrumkania.
— Hej! Co robicie?! — Usłyszałam nowy, stanowczy głos jakiejś dziewczyny. Pomimo krzyku, taki delikatny i miły dla ucha.
— S-senpai! Dzień dobry! — odpowiedziały dźwięcznym chórem i, wnioskując z odgłosów stukania butów o gładką posadzkę, pobiegły od razu gdzieś indziej.
Trzecioklasistka. Jeszcze tylko tego mi brakowało.
Łzy samoistnie rozlały się gorącym strumieniem po zaczerwienionych policzkach. Spróbowałam wstać.
— Hej... — powiedziała łagodnie, wyciągając przede mną swoją drobną dłoń. — Daj, pomogę ci.
Spojrzałam, zza krzywo obciętej grzywki, najpierw na jej rękę, a potem odważyłam się podnieść wzrok wyżej. Stała przede mną zmartwiona jasnowłosa, o ślicznych różowych oczach i bardzo dziewczęcej urodzie.
— No dalej. Nie bój się.
Kiwnęłam delikatnie głową, chwytając jej ciepłą i miękką dłoń. Dziewczyna emanowała taką przyjemną aurą.
— Nazywam się Komori Yui, a ty? — zapytała z delikatnym uśmiechem, pomagając mi wstać do pionu.
— Luna... Po prostu — burknęłam pod nosem.
Luna.
♠ ♠ ♠
Nic nie widziałam. Albo inaczej. Widziałam tylko czerń. Spanikowałam, nie mogąc się poruszyć. Coś mocno przycisnęło moją klatkę piersiową. Usłyszałam szaleńcze dudnienie serca. Otworzyłam szeroko oczy, krztusząc się mocnym szlochem, wydobywającym się z pomiędzy rozchylonych ust. Zerwałam się do siadu, desperacko łapiąc płytkie oddechy w rozpalone płuca. Obudziłam się. To było najważniejsze. Mogłam rozpoznać w rozmazanych kształtach, że znajdowałam się w swoim pokoju w rezydencji. Zacisnęłam mocno pięści na jedwabnej tkaninie leżącej na łóżku, gdy ostry ból, rozchodzący się po całej lewej stronie głowy, przeszył mnie swoją intensywnością. Słone perły, nowych łez ozdobiły policzki mokrym szlakiem.
Na krótko po tym, mogłam zobaczyć wyraźny obraz Yui wbijającej sobie srebrny sztylet w środek klatki piersiowej. Blada dziewczyna upadła, a do mnie ponownie dotarł widok pokoju. Przyzwyczaiłam się do ciemności, ale przez zaszklone oczy dalej nie rozróżniałam kontur obiektów. Przed tym nieszczęsnym wydarzeniem zachowałam się podle wobec jasnowłosej. Byłam na nią taka wściekła i całkowicie ją ignorowałam, a teraz nie potrafiłam znieść ogromnego poczucia winy i bezkresnej pustki. Wszystkie wezbrane uczucia piekły moje ciało w nieprzyjemnym ogniu. Załkałam cicho na myśl o Yui, nie próbując powstrzymać ponownego spazmatycznego drżenia. Nie miałam pojęcia, co się z nią działo i to było najgorsze. Miałam głupią nadzieję, że żyła — ona wraz z Akihito.
Przez przypadek skierowałam wzrok w stronę lustra, którego, z niewiadomych powodów, wciąż nie zasłoniłam i się przeraziłam. Sapnęłam zaskoczona, cofając się, to na przemian wyciągając rękę w stronę śpiącej osoby, zawiniętej w pościele po sam czubek jasnych włosów. Otworzyłam szerzej oczy, głaszcząc odruchowo, gładki w dotyku, materiał, pod którym znajdowała się Yui. Uśmiechnęłam się przez łzy, że wciąż istniała, że mogłam ją dotknąć, że po prostu była.
— Yui... Ty żyjesz, tak się cieszę, tak bardzo się cieszę — szepnęłam do siebie po opanowaniu pierwszego szoku, próbując odsłonić twarz dziewczyny. Pragnęłam ją zobaczyć, upewnić się, że to była rzeczywistość.
— Luna... chan...? — Usłyszałam zachrypnięty głos, wydobywający się z pod warstwy pościeli. Cofnęłam dłoń, naciągając szarą tkaninę nieco wyżej na ramiona. — Hej... Co się dzieje? Czemu płaczesz?
Oparła się na łokciu, wydostając się wreszcie z wszelakich okryć. Przetarła zaspane oczy wierzchem pięści.
— Huh? Ja... — spróbowałam dostrzec różowe tęczówki przez otaczającą wzrok mgłę — tak... tak bardzo przepraszaa-m. Rozpłakałam się na dźwięk głosu Yui. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo tęskniłam za jej towarzystwem, za słodkim zapachem, delikatnym odcieniem różu oczu patrzących tylko na mnie, za wszystkim.
— Już wszystko dobrze, Luna-chan... Wszystko dobrze.
Pogładziła delikatnie moje plecy, a gdy wyciągnęłam do niej dłoń, objęła mnie w ciasnym uścisku. Wtuliłam głowę w zagłębienie szyi jasnowłosej, przyciskając ją z całych sił, jak najbliżej siebie. Niespójne ze sobą słowa, wylatywały z moich ust bez pozwolenia. Bełkotałam, ściskając kurczowo wątłe ciało Yui. Płakałam z rozżalenia i szczęścia jednocześnie. Byłam jej wdzięczna za to, że znosiła moje lamentowanie.
— Naprawdę nic się nie stało — głaskała mnie po włosach — wszystko w porządku. Naprawdę. Luna-chan, jest dobrze — zapewniła, ale ja wiedziałam, że wcale tak nie było.
Słysząc te słowa, tylko bardziej poczułam się źle. Zachłysnęłam się nagromadzoną śliną i zaczęłam niespokojnie kaszleć. Minęło mniej lub więcej czasu, zanim choć trochę doprowadziłam się do normy. Ciężko westchnęłam, łapiąc nieporadnie oddech. Nagle z transu wyrwało mnie bicie jej serca. Wzdrygnęłam się, odruchowo napinając. Przypomniało mi się to dziwne uczucie przekonania tej chwili, towarzyszące tamtej nocy. Dotarło do mnie, że wszystko było rzeczywistością. Wszystko się wydarzyło. Żyłam z wampirami, a Yui z inną kobietą w swoim ciele. Akihito potrzebował mojej pomocy... Odsunęłam się subtelnie, żeby Komori nie poczuła się urażona i tak już za bardzo pozwoliłam sobie na skrzywdzenie jej, a przecież była taka miła, niczemu winna.
— Ja... — odchrząknęłam. — Muszę— Nie mogę... Ja—
— Spokojnie. Wszystko rozumiem, naprawdę. Nic się nie stało. — Posłała mi delikatny uśmiech, a ja odwróciłam głowę w bok, żeby wymyślić odpowiednie słowa.
Musiałam jej to powiedzieć, Akihito potrzebował pomocy.
— Chyba nie gniewasz się, że do ciebie przyszłam? — zapytała, widząc, że rozglądam się po pomieszczeniu. Kiwnęłam przecząco głową. — Tak się cieszę, że się obudziłaś. Spałaś dość sporo, bo aż trzy dni. Zdążyłam się trochę podleczyć. Reiji-san dawał mi jakieś okropne medykamenty, ale ważne, że pomogły — wytłumaczyła, śmiejąc się cicho. — Chociaż jeszcze boli...
Uniosłam pytająco brwi, skupiając się na tym, co oznajmiła mi przed chwilą Yui. Nie do końca pamiętałam, dlaczego nagle straciłam przytomność.
— Trzy dni...? — mruknęłam do siebie, nie mogąc uwierzyć, że aż tak długo nie kontaktowałam z rzeczywistością.
— Trzy dni. Przestraszyłam się! Kompletnie nie wiedziałam, co się stało, a nikt nie chciał mi powiedzieć niczego! — oznajmiła, podnosząc głos. Skrzywiłam się na ponowny, pulsujący ból głowy.
— Trochę ciszej... — szepnęłam.
— Przepraszam.
— Ja szczerze... to też nie wiem, co się wydarzyło. — Zastanowiłam się jeszcze chwilę i tylko przypomniało mi się, że usłyszałam okropny dźwięk, a potem widziałam już tylko ciemność.
— Hmm... Dziwne, co nie? — zapytała zatroskana Yui, a ja potulnie przytaknęłam głową. Nastała niezręczna cisza.
Nie mogłam przestać myśleć, że mój brat mógł umrzeć, a ja nie posunęłam się nawet o krok do przodu. Tak bardzo zapragnęłam ratować Akihito, że zanim zdążyłam się powstrzymać przez wrodzoną uprzejmość, powiedziałam na głos:
— Yui...
Przeklęłam na siebie. Znowu działałam pod wpływem emocji. To nie mogło skończyć się dobrze, ale już nie byłam w stanie się wycofać. Zawahałam się.
— Luna-chan, co się stało? Widzę, że coś cię dręczy. — Pogładziła mnie po ramieniu, a ja się wzdrygnęłam. Szybko zabrała rękę. — Możesz mi powiedzieć... Wiesz przecież, że możesz... — dodała ciszej, speszona moją poprzednią reakcją.
— Boo... No bo... — zająknęłam się, drapiąc nerwowo kark. Nie miałam wyjścia, jak już tylko jej powiedzieć. Musiałam to zrobić. — Mój brat jest poważnie chory — powiedziałam szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić.
Otworzyła szerzej oczy, następnie przybierając srogi wyraz twarzy. Spojrzałam na nią z lekka oszołomiona.
— Luna. To nieodpowiedzialne, żebyś wyjeżdżała ze mną, podczas, gdy twój brat cierpi! Jak możesz?! — wrzasnęła na mnie, na co skuliłam się w sobie, czując mocne ukucie poczucia winy i bezsilności. — O Boże, przepraszam, Luna-chan, ale to—
— Daj mi dokończyć — powiedziałam stanowczo, wcinając się Yui w słowo. Przytaknęła pośpiesznie głową, widocznie chcąc dowiedzieć się więcej. — Rozumiem twoje oburzenie. Nie wiesz wszystkiego, to dlatego. — Nagła odwaga odziała moje słowa. Brat dodawał mi sił. Kochałam go i chciałam uszczęśliwić mamę.
— Jak to? Co się stało? Wątpię, że—
— Możesz? — zapytałam retorycznie. — Naprawdę trudno mi to powiedzieć, bo co mam powiedzieć? Że potrzebuję ciebie, żeby go uratować?! Cholera, uznasz mnie za wariatkę! — wybuchnęłam, nie mogąc dłużej trzymać w sobie tej tajemnicy. Niszczyła mnie od środka.
— Luna-chan — zaczęła spokojnie — myślałam, że wiesz, że możesz na mnie liczyć. Możesz mówić mi wszystko. Jesteśmy przyjaciółkami. Zawsze ci pomogę, a jeśli mogę w jakiś sposób pomóc twojemu bratu bądź twojej rodzinie, tym bardziej jestem skora do pomocy. Zaufaj mi choć raz — oznajmiła z taką szczerością, że ciepłe łzy ozdobiły ponownie moje policzki.
— Ale-ale uznasz, że jestem dziwna...
— Wiesz co? Nic mnie już nie zdziwi. Wampiry są tego dowodem, naprawdę. — Oburzyła się na moją wypowiedź.
— Ja... No dobrze. Jakby to — wyszukiwałam w głowie odpowiednich słów — sama tego nie rozumiem, ale mama twierdzi, że twoja krew pomoże Akihito wyzdrowieć, wiem, że to—
— Już wiem, o co jej chodziło. — Przerwała mi ostro. — Przepraszam. Wiem, że chodzi jej o krew tej kobiety w moim ciele. Chodzi jej o krew Cordelii.
Przełknęłam ciężko ślinę, na stanowczość słów Yui i na to imię. Patrzyła na mnie z taką determinacją pomocy, że żałowałam, iż nie powiedziałam jej tego wcześniej.
— Ja—
— Jesteś głupia, że od razu nie powiedziałaś, że potrzebujesz mojej pomocy, bo masz problemy. Na pewno coś wymyślimy, żeby jak najszybciej dostać się do twojego brata — odparła, ponownie odcinając mnie od dojścia do głosu.
— Ja... Przepraszam, myślałam że... Ja... Przepraszam, nie potrafię — wyjąkałam, próbując powstrzymać łzy gromadzące się w kącikach oczu.
— Hej, już dobrze. Nie martw się, dam ci moją krew, a o to, jak to zrobię się nie przejmuj — zapewniła spokojnie, czochrając moje włosy, które natychmiast przysłoniły mi pole widzenia.
— Ale jak...
— Mówiłam ci — popchnęła mnie na poduszki, na co sapnęłam zaskoczona — nie martw się. Teraz idziemy spać. Jutro pomyślimy nad planem. Jestem pewna, że nam się uda razem coś wymyślić.
Przykryła mnie kołdrą po samą szyję, a sama opadła obok mnie, wtulając się w ogromną poduszkę. Moje serce przyśpieszyło na samą myśl, że już niedługo może zobaczę mamę i Akihito ponownie.
♠ ♠ ♠
Nie musiałyśmy długo szukać, żeby znaleźć odpowiednie rozwiązanie. To prawda, że było bardzo niebezpieczne z nieznanymi skutkami, ale jedyne. Potrzebowałam dotrzeć do brata jak najszybciej. Więc postanowiłam wymknąć się w środku zajęć lekcyjnych, na którejś przerwie, wśród innych uczniów — nie brakowało uciekinierów.
— Subaru-kun mówił, że wampiry słabną, gdy nie ma księżyca, a niedługo go nie będzie, więc wtedy spróbujesz uciec... — dodała zamyślona Yui, popijając gorącą herbatę z parującego białego kubka.
Zmarszczyłam brwi, rozglądając się po ponurych ścianach.
— Mówiłam ci, żebyś nie używała tych określeń — zganiłam ją. — Znajdź inny synonim.
— Spacer? — zaproponowała po chwili, nie zwracając uwagi na niemiły ton upomnienia.
— Niee, zbyt banalne. Coś, hm, mniej— Może zrezygnujemy z synonimów?
— Racja, to mogą skojarzyć. — Wzięła małego łyka napoju, podając mi kubek, gdy się napiła. Pokręciłam przecząco głową. Wolałam filiżanki.
Wampiry były mniej aktywne, gdy księżyc był w nowiu, ale nie wykluczało to, że któryś z nich może mnie znaleźć jak Laito. Jeśli by mnie dorwali, nie miałam bym szansy w najbliższym czasie ponowić ucieczki, a Akihito pewnie był na granicy śmierci. Nie wyglądało to dobrze. Trzeba było wszystko starannie przygotować.
— A może uczenie?
Z zamyślenia nad planem, wyrwał mnie delikatny głos Yui.
— ... Cokolwiek...
— Jak zamierzasz tam dotrzeć? — zapytała, wwiercając we mnie wzrok. — To chyba daleko.
— Daleko — oparłam głowę na brzegu łóżka — masz pieniądze?
— Trochę, a co? — Odłożyła kubek na szafkę nocną.
— Kiedyś dojeżdżałam w okolice przy szkole autobusem, więc spróbuję złapać sześćset pięćdziesiątkę — oznajmiłam, obliczając w pamięci, ile zabrałam ze sobą pieniędzy. Większość zostawiłam w domu dla matki.
— I on dojeżdża do twojego domu?
— Nie pod sam, ale ułatwi mi to uczenie. Mam nadzieję, że nic się nie stanie ludziom, którzy będą jechać ze mną. — Pokiwałam w zamyśleniu głową.
— Jakie uczenie? — zapytała, przechylając głowę. — Aaa! Już wiem, hahaha~. — Zaśmiała się radośnie, na co posłałam jej delikatny uśmiech.
Poczułam, że podczas ostatnich wydarzeń, zbliżyłyśmy się do siebie. Oby wkrótce nie skrzywdziła mnie ta relacja. Chyba bym się nie pozbierała tak łatwo.
Zostało tylko dopięcie wszystkiego na ostatni guzik i najważniejsze — kwestia krwi.
♠ ♠ ♠
Dziś była ta noc. Gdy księżyc zastał pełny nów, a gwiazdy nie dawały rady tak jasno oświetlić nocnego nieba. Ze spokojem weszłam do szkolnej biblioteki i z twarzą bez wyrazu dopatrzyłam komputery. Jakoś na początku całkowicie mi umknęły, co boleśnie skomentowała Mai. Każdemu przecież zdarzały się wpadki, ale jak to ja, zawsze długo każdą rozpamiętywałam. Na szczęście rudowłosej nigdzie nie było widać, nie przyszła także na żadną poprzednią lekcję. Ciężko było mi jednogłośnie stwierdzić, czy powinnam być zadowolona — dzisiaj byłam.
Uniosłam krzesło z szarym obszyciem, wyglądało na wygodniejsze od tych, na których przesiadałam zazwyczaj, aby nie spowodować żadnego hałasu. Usiadłam, nie przysuwając się ani odrobinę bliżej biurka, drżącą ręką włączyłam komputer. Jak się okazało, już działał, przez co uruchamiałam go dwukrotnie.
Szybko znalazłam potrzebne informacje, z małymi problemami wyszukania odpowiedniej przeglądarki, które były mi potrzebne. Najszybszy autobus miał przyjechać za ponad dwadzieścia minut, co było długim czasem oczekiwania, i kosztował dosyć sporo — przez co nie było możliwości, przy obecnych funduszach, zabrać się we dwie osoby. Cmoknęłam niezadowolona, nie pozwalając na razie przejąć się atakowi paniki. Nie wiedziałam, co miałam zrobić. Nie mogłam zostawić Yui na pastwę krwiożerczych bestii. Byłam pewna, że zemszczą się i za mnie na biednej dziewczynie.
Ciężar natychmiast przytrzasnął moją klatkę piersiową, przyśpieszył także oddech — nie mogąc się powstrzymać od zabawy ze mną. Nerwowo wyczyściłam historię przeglądarki, mało nie upuszczając czarnej myszki na podłogę, i odeszłam na trzęsących się nogach w umówione wcześniej miejsce. Tam Yui miała mi wreszcie ujawnić, jak zdobyła swoją krew, choć podejrzewałam sposób w jaki mi ją wręczy.
Przystanęłam przy dużym kwiecie, o rozłożystych zielonych liściach, i oparłam o marmurowy parapet, który zaszczycił moje plecy zimnym dotykiem — na przeciwko damskich toalet, gdzie nigdy nie było spokoju. Przetarłam spocone czoło wierzchem dłoni, dalej nie mogąc ustabilizować oddechu. Poczekałam jeszcze krótką chwilę (tak wyznaczał zegar, zawieszony na jednej ze ścian), która trwała zdecydowanie za długo, a przybiegła zdyszana Yui. Gdyby nie fakt ogromnego paraliżu, przed przyznaniem, że musimy zrezygnować, walnęłam bym się w czoło, za niedyskrecje jasnowłosej.
— Okej — wydyszała, próbując złapać chwiejny oddech — trzymaj.
Chwyciła brzeg mojej kamizelki szkolnej i włożyła do wewnętrznej kieszeni, zaraz obok pogniecionych pieniędzy, przezroczystą fiolkę z ciemną cieczą. Ciekawe co powiedziała i w jaki sposób to zrobiła... Wbiła sobie igłę sama, czy może ktoś jej pomagał?
— Luna-chan, coś nie tak? — zapytała zmartwionym głosem, który podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody. Zmarszczyłam brwi.
— Nigdzie nie jedziemy — głos mi zadrżał — nie mamy tyle pieniędzy. — Prawie wyłkałam ostatnią część, nie mogąc powstrzymać myśli, że nie pomogę bratu. Łzy zakuły mnie w kąciki oczu, grożąc natychmiastowemu wypłynięciu słonej cieczy.
— Jak to? — zapytała zaskoczona Yui, głaszcząc mnie uspokajająco po ramieniu. Pociągnęłam smętnie nosem.
— Nie wystarczy dla ciebie — wybełkotałam niespójnie, przez co musiałam powtarzać jeszcze dwa razy, żeby jasnowłosa w końcu dosłyszała.
— Nie! — Klasnęła w dłonie, na co podniosłam zaskoczony wzrok. Przestraszyła mnie jej radość. — To nic, ja zostaję i tak. Muszę odwrócić uwagę, chociaż trojaczków.
— A-ale, ja—
— Luna-chan, dasz radę. Brat cię potrzebuje, no już! — powiedziała zachęcająco, dalej utrzymując ze mną kontakt w dotyku. — Uważaj na siebie!
Zanim zdążyłam zaprotestować, rozbrzmiał się głośny dzwonek i Yui pobiegła w przeciwną stronę — uciekając od konfrontacji ze mną. Patrzyłam się za znikającą w tłumie sylwetką. Zatęskniłam za jej ciepłym dotykiem. Byłam rozdarta. Pomiędzy Yui a rodziną. Powinnam się śpieszyć, jeśli chciałam zdążyć na autobus.
Akihito...
Przed oczami mignął mi obraz umęczonego chłopca oraz zrozpaczonej mamy. Wybrałam natychmiastowo. Teraz byłam pewna. Podążyłam, w miarę zwyczajnym tempem, niezbyt podejrzliwym, mimo że nogi drżały jak galareta, do wyjścia ze szkoły. W końcu dołączyłam się do jednej grupki rozkrzyczanych dziewczyn, trzymając się trochę z tyłu i tak nie zwracały na mnie uwagi, nazbyt zaabsorbowane swoimi plotkami. Uczennice były moją nieoczekiwaną przepustką pomocy, na którą skrycie liczyłam od początku.
Nie skupiałam się na niczym, po prostu szłam do przodu. Próbowałam wyrzucić z siebie wszystko, bo wiedziałam, że byłam w stanie zawrócić i powiedzieć stanowczo, że nigdzie bez Yui się nie wybieram. Tego właśnie się obawiałam. Tej dziwnej więzi, która nas obie oplotła w niewidzialny supeł. Bałam się jej. Jeszcze do niedawna była tylko rodzina i byłam bym nawet w stanie— a teraz?
Brama.
Ponownie stanęłam przed wolnością, jak w tamten wietrzny wieczór. Dzisiejsza noc była bardzo chłodna, niemal mroziło mi kości nóg i palce u rąk, ale nie wiało. Jeden krok i nie będzie odwrotu.
No dalej! Akihito cię potrzebuje, mama znowu się uśmiechnie, a ty nie będziesz przekąską wampirów!
No i przeszłam. Tak po prostu rzuciłam się w przepaść wolności. Bynajmniej tak to odczułam... To był początek czegoś niedobrego. Dziwne wrażenie.
♠ ♠ ♠
To był moment. Gdybym spóźniła się tę jedną, małą chwilę, nie zdążyłam bym na autobus i zapewne źle by się to skończyło. W środku pojazdu było niemal pusto — kilka podejrzanych osób, starszy pan, nastolatka. Usiadłam na jednym z wielu wolnych miejsc, starając się nie rozglądać zbytnio na boki. Całkowicie nie pasowałam, w tym drogim mundurku, do obskurnego otoczenia i biednych, zmizerniałych ludzi. Chciałam być już w domu. Tym razem bez wahania mogłam nadać to ciepłe słowo budynkowi, w którym się wychowałam.
Serce waliło jak oszalałe, a w głowie zakręciło się od szybkiego oddechu, którego nie mogłam unormować. Siedziałam, czekając na osąd. Pierwsze minuty trwały jak lata. Próbowałam dyskretnie obserwować otoczenie, a gdy autobus zatrzymywał się na przystankach — co robił stosunkowo rzadko, na szczęście — cała się spinałam. Żołądek płatał mi figle, zaciskając się, przewracając w różne strony. Przez zdenerwowanie sprawdzałam, co chwilę, czy aby na pewno fiolka z krwią Yui była w mojej wewnętrznej kieszeni. Nie miałam pojęcia, jak przetrwam jeszcze co najmniej godzinę drogi, przecież już na samym początku wymiękłam.
Dam radę. Dam radę. Dam radę. Dam radę...
Musiałam dać radę. Nie mogłam zawrócić, nie miałam za co i za czym. Przyłożyłam rozgrzane czoło do cudownie chłodnej szyby. Gdy poczułam mocniejsze uderzenie pojazdu, wiedziałam że znaleźliśmy się poza strefą miasta. Pomoc dla Akihito była na wyciągnięcie dłoni, podana na srebrnej tacy. Miałam wrażenie, że ktoś na mnie patrzył — cały czas. Skuliłam się w sobie, nie odwracając głowy w żadną stronę. A co jeśli pozwolili mi uciec, żeby później się ze mną zabawić? Czyż wampiry nie lubią polować na ofiary?
Wyszłam czym prędzej z autobusu. Panicznie rozejrzałam się na boki, gdy pojazd odjechał. Zakręciłam kilka kółek wokół własnej osi i ruszyłam naprzód. Objęłam się ciaśniej ramionami, żałując, że nie wzięłam ze sobą płaszcza. Zimny wiatr chłostał mnie w każdą odsłoniętą część ciała, a nawet wdzierał pod cienkie ubrania. Zostały mi około dwa kilometry do domu i kawałek lasu. Dziwnie prosto było mi uciec, bałam się coraz mocniej, że wampiry dały poczuć mi wolność, a za chwilę złapią mnie w swoje stalowe objęcia i torturując, zabiją. Zadrżałam z przerażenia, gwałtownie pocierając zziębnięte ramiona. Przyśpieszyłam. Normalnie mogłam poczuć, jak ktoś mnie śledzi. Nie. To musiała być paranoja. Ubzdurałam to sobie, bo ciągle wmawiałam, że za mną podążają.
Krzyknęłam krótko, gdy coś poruszyło się niedaleko mnie. Serce podeszło mi do gardła. Zaczęłam biec. Pozwoliłam działać adrenalinie. Po tylu długich dniach, znowu zaczęłam uciekać. Wiatr uderzał mnie w rozgrzane policzki, wdzierał się przez nos i otwarte usta do gorącego wnętrza. Bolało. Oprócz kilku dużych, czarnych nietoperzy nic, ani nikt mi nie towarzyszył. Zaśmiałam się. To pewnie były one od początku. Przystanęłam, żeby zaczerpnąć powietrza i krótką chwilę po tym, od razu ruszyłam wartkim krokiem. Musiałam się pospieszyć. Mogły się liczyć minuty.
W końcu dotarłam nieopodal lasu. Byłam zaskoczona, że prawie zapomniałam tej zawiłej drogi. Nie było mnie przecież tylko ponad miesiąc. Może to przez to, że rzadziej brałam leki i skutkiem było pogorszenie pamięci? Ostatnio nie potrafiłam ich połknąć. Nie chciały przejść mi przez gardło. Jakby ściskało się, żebym tylko nie zdołała przełknąć tabletek. Nigdy nie miałam z tym problemu, pomimo ich wielkości. Pokręciłam głową. To nie był czas na rozmyślania. Przyszłam od innej strony, przez co widziałam tylko czubki drzew. Musiałam jakoś... Dziwnie śmierdziało. Zdecydowanie nie były to ścieki, ani ostry zapach sosen. Nagle z krzaków wydobył się głośny szelest. Z przerażeniem wciągnęłam powietrze i za nim zdążyłam się obrócić, z zarośli wyskoczył młody jeleń. Przewróciłam się na ziemie, zdzierając skórę dłoni i brudząc ubrania. Szybko chwyciłam zewnętrzną stronę kamizelki, na szczęście wymacując kształt fiolki. Jednak nie był to koniec, wstając przeskoczyło obok mnie stado zająców, a niedaleko usłyszałam popiskiwanie lisów.
Rozszerzyłam oczy i prędko skoczyłam na nogi. Zaczęłam biec. Zrozumiałam. Im bliżej byłam skupiska drzew, tym przestraszonych, uciekających zwierząt było więcej. Wbiegłam do środka gęstego lasu. Łzy wypłynęły mi na policzki. To nie mogło się tak skończyć. Nie mogło! Uderzałam się w uda, zaciśniętymi dłońmi, gdy nogi odmówiły mi powoli posłuszeństwa. Biegłam już tylko na adrenalinie i strachu. Szaleńczo rozglądałam się na boki, krzycząc w pustkę. Panował chaos. Jeszcze tylko trochę, jeszcze trochę, a zobaczę Akihito i mamę. Może ogień ominął dom. Wszystko będzie dobrze. Będzie.
Las stanął w płomieniach. Coraz więcej było ich, gdy zagłębiłam się dalej. Ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie. Musiał zacząć się od innej strony zagajnika i trwać już dobrą chwilę. Drzewa w oddali spadały jak zapałki, a zwierzęta uciekały gdzie popadnie, tylko z dala od niebezpiecznych płomieni. Brnęłam przed siebie, mając serce w gardle. Wszystko we mnie buzowało. Widziałam niewyraźnie. Spalenizna i dym drapały mnie w płuca. Nagle upadłam. Coś mnie przewróciło. Zawyłam. Chyba coś sobie zrobiłam.
— O nie... O nie! Nie! NIE! — wyłkałam, gdy zobaczyłam, że fiolka z krwią wypadła mi i zdobiła teraz ziemię w szkarłatnej plamie.
Podniosłam powoli wzrok, gdy usłyszałam strzelanie drewna. Mój dom... On płonął.
— AKIHITO, NIE! MA-MAMO!!! — wykrzyknęłam, próbując wstać na drżących nogach.
Ponownie upadłam. Uderzyłam rękoma o podłożę, zdzierając sobie gardło potężnym krzykiem. Oczy zalały się łzami. Zaczęłam się czołgać w stronę płonących drzwi. Może jeszcze uda mi się ich uratować! Nagle poczułam, jak ktoś staje mi na nogę. Zawyłam porażona bólem. Musiała być złamana, albo chociaż skręcona.
— Co za bezczelne ludzkie ścierwo. — Nie musiałam się obracać, żeby wiedzieć, kto wypowiedział to tym zimnym, bezczelnym tonem.
Obracając się nieporadnie na plecy, skopałam z siebie nogę Reijiego. Byli tutaj. Wszyscy, przyszli do mnie nawet, gdy wszystko otoczone było płomieniami.
— Pieprzeni desperaci! Podnieca to was, co?! Znajdźcie sobie kogoś innego!!!
Usłyszałam śmiechy.
— Jesteś pewna, Naleśniku? — zakpił Ayato, szarpiąc Yui za włosy.
— Lu-na... Ja... — powiedziała przez łzy — pomóż mi.
— Zamilcz! Ore-sama pozwolił ci mówić?! — warknął, uderzając ją otwartą dłonią w policzek.
Upadła bezradnie na ziemię. Ponownie usłyszałam śmiechy — tym razem trzy.
— TY... — Zadławiłam się, kaszląc, gdy dostatecznie dużo nawdychałam się dymu i spalenizny. Nie mogłam uwierzyć w to co się stało, wiedziałam, że wykorzystają niewinną dziewczynę, żeby mnie ukarać, ale nie spodziewałam się, że w taki sposób, przede mną.
Paradoksalnie jednak, powoli ogarnął mnie dziwny spokój — mimo, że cały czas czułam łzy. Był to stan jasnego gniewu, straszliwego, nie do zatrzymania. Poczułam, jak świerzbiły mnie nogi, jak do krwi wpłynął rozszalały ogień i ona płynęła szybko, niosąc ten ogień do najdalszych zakamarków mózgu i teraz mózg jarzył się, i opuszki palców paliły się, i twarz, i całe ciało ogarnęła potężna, świecąca aura, która podniosła mnie lekko w górę, odrywając nawet od ziemi.
Chwyciłam za pobliski kamień. Ustawiłam się w mgnieniu oka we właściwej pozycji i zamachnęłam się. Rozchichotany Ayato nie zwrócił na mnie uwagi — błąd tak lekceważyć przeciwnika — dostał nie dużym, nie małym kamieniem w bok głowy. Krew trysnęła szkarłatnym strumieniem, brudząc zaskoczonego Laito. Syknął, przeklinając. Zerwałam się do biegu, w prost do ognistych drzwi. Mogłam ich uratować. Mogli jeszcze żyć, dusząc się, ale żyć. Liczyły się sekundy!
Poczułam silne szarpnięcie za końcówki włosów. Siła pociągnięcia powaliła mnie na ziemię. Przymknęłam oczy, gdy głowę przeszył straszliwy wstrząs. Wszystko docierało do mnie z spowolnieniem, nawet ból był tłumiony przez nawał emocji. Ten las... Moje życie...
— Otwieraj oczy, dziewucho! Zabiję cię suko! — Nade mną rozbrzmiał się wściekły ryk Ayato.
Zaśmiałam się. Coraz głośniej i więcej. Poczułam kolejne szarpnięcie i kolejne uderzenie. Potem jeszcze raz mocne uderzenie w brzuch, przez co skuliłam się w pół, a następnie jeszcze mocniejsze uderzenie butem w twarz. Bolało. Nie mogłam utrzymać wzroku na palącej się chacie, która biła gorącem i grozą. Wyciągnęłam desperacko dłoń, żeby uchwycić ostatni obraz tego, co straciłam na zawsze. Straciłam przytomność, kaszląc krwią. Zdążyłam tylko ponownie wydobyć z siebie żałosny skowyt.
Nie zdołałam was uratować... Przepraszam... Jestem beznadziejna.
Żegnaj matko. Żegnaj Akihito... Żegnaj drogie życie.
Następny rozdział>>a/n: Myślę, że jedyne, co będzie jakkolwiek sensowne do dodania, to to, że Luna nie dopuszcza do siebie śmierci swojej rodziny, więc dlatego reaguje niezbyt emocjonalnie, a raczej gniewem i na coś kompletnie innego. A i jesteśmy w 1/3 tego fanfiction, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.No cóż, mniej sensownie będzie dodać to, że znowu chorowałam. Tydzień męczarni doszczętnie mnie wyniszczył i nie mam na nic siły. Mam nadzieję, że rozdział jest w miarę do przejścia, niestety, na razie nie potrafię pisać lepiej — wreszcie to zauważyłam i nie spinam tak mocno dupy, że coś jest do kitu, bo po prostu jest i na razie nic tego nie zmieni, jak to, że ciągle muszę pisać i się szkolić. Nie przestawać. Mile widziane Wasze opinie.

Nic dodać, nic ująć. Widać, że się starałaś!
OdpowiedzUsuńDziękuję! Każdy komentarz jest dla mnie wielką motywacją. Zawsze staram się jak potrafię.
Usuń