sobota, 9 maja 2015

Diabolik Lovers – Rozdział 1


edit | sobota, 29.07.2017 | całkowicie nowa historia!


O b s e s j a


była sobie obsesja, która pożerała wszystko bez wyjątku
      Poczułam to dopiero, jak już wiedziałam, że niedługo będę w domu — ogromny, zimny dreszcz spływający wzdłuż kręgów kręgosłupa i pulsujący ból za brwią; przykładając kciuk i masując palcem wskazującym skroń, trochę mi ulżyło — potworne zmęczenie po całym dniu w biegu. Zagłębiłam się w grząskiej ziemi — wilgotnej przez pobliski, mały potok, przedzierający się przez większą część gęstego lasu — przy każdym, ledwo stawianym, kroku. Im bardziej próbowałam utrzymać oczy szeroko otwarte; ze względu na bezpieczeństwo i — bądź, mając na uwadze najzwyczajniejsze potknięcie, które, nie ukrywając, mogło się wydarzyć, tym powieki mocniej się sklejały. Na jawie trzymał mnie ostry zapach sosen, działał podobnie jak sole trzeźwiące, pobudzał intensywnością i ilością.
            Uniosłam delikatnie głowę, wyginając ją do samego końca, żeby przyjrzeć się milionom gwiazd; oświetlały mi drogę, prowadząc przez ciemności, przejmujące świat nocą. Mrok był niebezpieczny, od samych początków człowiek robił wszystko, żeby podtrzymać ogień, dający światło, ledwo dostrzegając cokolwiek przez ciasno oplatające ramiona czerni — baliśmy się tego, tej niewiedzy.
            Dmuchnęłam do góry, pozbywając się przydługawej grzywki, właśnie tak czarnej jak najczarniejsza noc bez gwiazd, gdy z powrotem skierowałam wzrok na leśną ścieżkę. Zrobiło się wystarczająco późno, żebym zaczęła się martwić. Nie mogłam pozwolić sobie na takie wędrówki zupełnie samej. Dziwny szmer dobiegł z pobliskich krzaków. Przyśpieszyłam kroku. Biegłam. Spłoszyłam się, jakby przyłapana na gorącym uczynku. Wysokie drzewa zaśmiały się szumem.
            Wiatr wzmógł swą, godną pochwały, prędkość, wyprzedzając mnie z łatwością. Zahuczał złowrogim rykiem jak dzikie, żądne krwi, niewidoczne zwierzę, gdzieś w oddali, następnie bliżej i koło moich nóg. Popchnął silnie do przodu, nieprzymilnie uderzając w plecy; długie włosy przylgnęły mi do twarzy, wpadając do oczu i ust — na chwilę ograniczając pole widzenia. Na szczęście, szczególnie ten bliższy kawałek, znałam na pamięć, tworząc w głowie szczegółową mapę przez lata. Wietrzny żywioł zatoczył parę razy wielkie koła — unosząc lżejsze gałązki, poruszając w płochliwy niepokój, liście — znikając gdzieś w czeluściach namacalnej ciemności pośród drzew.
            Z trudem złapałam urywany oddech, odgarniając, drżącą ręką, włosy z twarzy. Brakowało mi tchu, ale widząc drewniany, spiczasty dach, porośnięty do zieloności mchem, niewielkiej leśniczówki wyłożonej spróchniałymi już deskami — widok mojego domu — nie zwolniłam, wręcz nawet przyśpieszając. Zareagowałam, podsuwając nieświadomie, jedną myślą: „No już! niedługo będziesz w domu. Wtedy odetchniesz”. Wymieniałam tak po kolei wszystkie, zachęcające do działania, argumenty, żeby tylko podtrzymać tępo i nie zwalniać, nie zatrzymywać się, nie oglądać za siebie. Zadziałało.
            Przystanęłam gwałtownie przy samych dębowych drzwiach, podpierając się nimi, gdy do końca się nie zatrzymałam — stanowiły świetną asekurację, tylko trochę bolesną. Złapałam za materiał kurtki, okrywający klatkę piersiową, który nagle — mimo, że wcześniej o wiele bardziej przydatny, ze względu na zimno — zaczął przeszkadzać, przyklejając się do ciała; nie mogłam wciągnąć powietrza, oddychałam płytko i stanowczo za szybko. Płuca zajęły się potężnym ogniem, nie pozwalając przyjąć ani odrobiny tlenu. Serce dudniło o swą kościaną klatkę i warstwę miękkiego posłania, a krew szumiała w uszach, gdy prędko przemieszczała cały organizm. Przed oczami pojawiły się drobne mroczki czerni, ustępując w miarę długości spoczynku.
            Pochyliłam głowę, gdy żółć delikatnie podeszła mi do gardła; pomiędzy drzwiami a podłożem znajdowała się, kilku -milimetrowa, -centymetrowa, szpara — przez którą pogwizdywał zimny wiatr. Smagał moje nogi raz mocniej, raz słabiej, albo bezlitośnie, budząc trzeźwość umysłu, uspakajając wzburzone ciało. Zadrżałam, nie z poczucia zimna, ale uświadomienia sobie ważnej rzeczy. Powoli to do mnie docierało, przebijając się przez umęczony umysł.
            Przeciąg... Niemożliwe!
            Otworzyłam szeroko oczy, wybudzając się natychmiast z letargu, i naparłam na drzwi — były szorstkie i wilgotne, wręcz nieprzyjemne w dotyku — zamiast po prostu ustąpić, nie chciały wpuścić mnie do środka. Pomyślałam o dzielącej wąskiej ścianie, której nie mogłam pokonać i wezbrała we mnie bezradność; zdruzgotana chciałam krzyknąć, ale narastająca gula, uniemożliwiła mi to, przeradzając głos w stłumiony jęk. Poczułam, jak wielki kamień osadza się w głębi klatki piersiowej, przyciskając ją swym niebotycznym ciężarem. Pod wpływem nagłego impulsu, walnęłam zaciśniętą pięścią w drzwi, które zatrzęsły się od desperackiej próby wdarcia się do pomieszczenia. Siłowałam się z wiatrem, z czymś niewidocznym i nieposkromionym, szanse były znikome — więc poczekałam, cierpliwie, jak nigdy dotąd.
            Po pewnym czasie, który nie zaliczał się do najmilej spędzonych chwil, drzwi odpuściły pod naporem, niezbyt mocnego, ale stanowczego, nacisku dłoni na lodowatą klamkę — wiatr oddalił się z jęczącym pożegnaniem, przyprawiając o drobny dreszcz. Odetchnęłam spokojnie, po chwilowym napadzie paniki; weszłam powoli do wąskiego korytarza, pokrytego w całości mrokiem. Postarzałe deski wyłożone na podłodze, zaskrzypiały żałośnie, uginając się pod moim ciężarem, który ledwo utrzymywały swoimi latami. Przełknęłam ślinę, czując jeszcze odrobinę suchości w gardle; zamknęłam drzwi i podeszłam do ciemnej komody, straszącej swoim szpetnym wyglądem, wybitej niestarannie z jakiegoś rodzaju drewna. Stała nieopodal wejścia do domu, a zarazem i do kuchni. Otworzyłam trzeszczącą szufladę, wyciągając z niej zapałki w zwykłym opakowaniu — odkręciłam drugą ręką pokrętło zabezpieczające naftę, znajdującą się w lampie i zapaliłam jedną zapałkę, przejeżdżając czerwoną główką po wyznaczonym miejscu, gdy ogień zajął wnętrze, opuściłam klosz — zamknęłam biodrem komodę; regulując intensywność płomienia.
            Miałam szczęście, zastając w lampie paliwo — chwyciłam za uchwyt i spojrzałam na rozświetlony krótki odcinek korytarza przede mną, który dzielił mnie od drzwi jednej z trzech sypialni. Wiedziałam, że tam jej nie znajdę, dlatego od razu zrezygnowałam, zbyt czując zmęczenie w kończynach i pozostałej reszcie ciała. Szeroki pasek czarnej torby, wbijający się w moje ramię, który dopiero ponownie zaczął mi ciążyć, gdy znalazłam się w domu, szybko zsunął się z dzierżącego go barku; upadła ciężko na drewnianą podłogę.
            Na korytarzu znajdowały się dwie pary ciemnych drzwi — takich samych, jak te wejściowe, z taką samą szparą — te na przeciwko, prowadziły do sypialni mamy, po prawej zaś, bliżej rodzicielki, należały do Sebastiana — nie można tam wchodzić, mimo że był ostatnio rzadkim bywalcem w tym domu — następne zamykały moją skromną przestrzeń. Po lewej, znajdowały miejsce dla siebie, drzwi do pokoju brata, a od otwartej, minimalistycznej kuchni z równie małym stolikiem, dzieliła je tylko nieszczęsna komoda. W tym kwadratowym domku, nie było miejsca na łazienkę, więc musiała znaleźć się poza nim — nie narzekałam, dopóki gdzieś była.
            Zmarszczyłam brwi, gdy przypomniałam sobie, że matka znajdowała się przy bracie, wbrew zaleceniom znachora. Wreszcie przeszło mi to przez myśl: „Co za głupia kobieta!”, choć z wielkim trudem, pozostawiło po sobie ciekawy posmak dojrzałości, wręcz dumnej odpowiedzialności. Złagodniałam; nacisnęłam zardzewiałą klamkę, która natychmiast pobrudziła, ostrym odcieniem rudego, moją dłoń — niemal raniąc zbyt wrażliwą skórę.
            Weszłam cicho do pokoju, zamykając za sobą nieszczęsne drzwi, które przedarły ciszę drażliwym skrzypnięciem. Była tam, siedziała na krawędzi, niezbyt szerokiego łóżka, spoglądając martwo na śpiące oblicze małego chłopca o białej czuprynie, wystającej z szarej pościeli i zielonego koca w czerwoną kratę. Spojrzałam z pokorą na matkę, jej smutną, wychudzoną twarz bez wyrazu, po prostu uderzająco piękną porcelanę i niebieskie oczy pozbawione emocji, bez blasku, bez czegokolwiek, i białe, rozpuszczone, sięgające niemal do ziemi, włosy; całe oblicze ducha kobiety. Położyłam lampę koło miski stojącej na niskiej szafie, znajdującej się po przeciwnej stronie od łóżka — wyglądała podobnie do nędznej komody. Zdjęłam kompres z rozpalonego czoła Akihito i zamoczyłam go w niebieskiej misce pełnej wody; pokój był mały, dzięki czemu nie musiałam zbyt dużo manewrować. Odgarnęłam włosy, które wyswobodziły się zza ucha, wierzchem dłoni — brudząc policzek małymi kropelkami cieczy.
            Nałożyłam chłodny okład bratu, zerkając ukradkiem na kołyszącą się na boki, matkę, która do tego siedziała wyprostowana jak struna i ściskała kurczowo tkaninę białej, puszystej sukni z falbanami. Tak bardzo nie pasowała do tego brudnego miejsca — ona i on — byli wcieleniem niewinności, dziewiczą bielą, nad którą trzeba bić pokłony, układać się u ich stóp. Zastanawiałam się w dzieciństwie, czy może nie byłam adoptowana, ale bolesne, utwierdzające słowa matki, że byłam jej pierworodną, szybko wybijały mi to z głowy. Zastanawiałam się, jak wyglądał mój ojciec — ten który tak bardzo zranił tę kobietę, siedzącą i udręczoną w tym właśnie miejscu.
            — Co z Akihito? — zapytałam zachrypniętym, niemal niesłyszalnym głosem, wzdrygając się na jego brzmienie; złapałam za ucho ulubionego królika brata. — Był rano ten znachor, czy nie? — pociągnęłam dalej, nie słysząc odpowiedzi — teraz też się nie doczekałam. — Był czy nie — szarpnęłam mocniej maskotką — nie możesz odpowiedzieć?
            Pokiwała wolno głową, obdarowując mnie spojrzeniem pełnym goryczy. Trzęsła się, marszcząc mocno brwi — tak że na czole pojawiały się delikatne zmarszczki w idealnej cerze — po chwili łzy spłynęły jej po bladych policzkach; jeden z nich zdobił mały dołeczek. Wiedziałam, że zaraz wybuchnie i przeczuwałam, że nie wzięła leków na swoją depresję i nerwy: „A tyle razy ją prosiłam!”.
            — Gdzie byłaś?! — Zaczęła gorączkowo gestykulować. — Wiesz jak jest późno?! Czy wiesz?! — wrzasnęła piskliwie, nie przejmując się, że może obudzić tym Akihito. — Martwiłam się — poprawiła się, uspakajając, i na powrót ściskając tkaninę swojej sukni — mimo, że cię nie chciałam, martwiłam się!
            Zauważyłam, jak uniknęła mojego wzroku, ale to słowa matki odbiły się echem w mojej głowie dobitnie jeszcze kilkanaście razy — zawsze mi to robiła; przypominała, że byłam niechciana, że byłam dzieckiem gwałtu. Ciepłe światło dobiegające z lampy naftowej, wzbudziło się nagle, oświetlając bardziej moją twarz; położyłam królika koło, niespokojnie śpiącego, brata.
            — Zawsze... — zawahałam się, słysząc drżenie w swoim głosie — przecież chodzę do szkoły, zawsze przychodzę tak późno — usiadłam ostrożnie na krawędzi łóżka, które natychmiast ugięło się pod moim ciężarem — pamiętasz mamo? — zapytałam łagodnie. Pogłaskałam wilgotne włosy Akihito, patrząc na niego z czułością: „Dlaczego to nie ja...”.
            — Potrzebuję jej krwi — poruszyła się niespokojnie, wbijając swoje palące spojrzenie w moją rękę — ona uratuje moje kochane dziecko. Ta dziewczyna z kościoła, do którego chodzisz — zbyła moją odpowiedź, przechodząc do innego tematu. Zamarłam. Nie wykonałam żadnego ruchu. — Słyszysz mnie?! — Szarpnęła mną gwałtownie, wbijając boleśnie swoje palce w moje ramiona, tak żebym na nią spojrzała.
            — Nie... — złapałam za zimne dłonie matki, próbując wyswobodzić się z jej uścisku — nie rozumiem — wydukałam żałosnym jęknięciem.
            — Zrozumiesz, gdy będziesz przy niej. To musi być odpowiedni moment. Tylko ta krew uratuje moje kochane dziecko, tylko jej krew; tej kobiety — powiedziała stanowczo, nie pozwalając mi się wyswobodzić, a ostanie słowa podkreśliła, wypowiadając je z obrzydzeniem. Nagle twarz matki, która wcześniej była bez wyrazu, przybrała tyle niezrozumiałych emocji — nie wiedziałam, co było lepsze.
            Jakby w jednym ciele były dwie dusze... Dwie osoby.
            — Krew ludzkiej dziewczyny, która ma serce córki Króla Demonów. Ona ma moc podobną do krwi Władczyni Krwi — tłumaczyła dalej. — Jednak niełatwo o Władczynie w tych czasach, więc wystarczy ta–
            Przerwałam jej krzykiem, który zaskoczył mnie samą:
            — Dość! To nonsens!!! Co to za brednie?! Nie uwierzę w to! Jesteśmy normalnymi ludźmi! Ja... — zaczęłam, szukać odpowiednich słów — ja! Nie brałaś leków, poprzestawiało ci się w głowie!
            Wyrwałam się, gwałtownie wstając i wskazując na nią oskarżycielsko palcem. Oszołomiło mnie to wszystko, ten nagły napór informacji cisnących się do mózgu; zachłysnęłam się powietrzem, cofając o krok i kilka następnych. Poczułam duszności, przez płytki oddech. Nie chciałam krzywdzić tej dziewczyny przez dziwną zachciankę matki — była moją jedyną najlepszą koleżanką, oparciem, pomocą, ona jedyna przejmowała się mną, wspierała wraz z jej ojcem-księdzem, czy to w nauce czy finansowo, to ona i tylko ona pomogła mi wtedy w szkole, gdy wszyscy się ze mnie wyśmiewali; była silna, nie to co ja, miła i charyzmatyczna — pokręciłam głową, nie dowierzając. Nie wierzyłam gadce, niezdrowej na umyśle, rodzicielki.
            Nie wierzę, nie wierzę. Kłamstwo!
            — Nie krzycz na mnie!!! Pomocy! Jesteś beznadziejna! Nic nie umiesz! Pomogłabyś chociaż raz! — zaszlochała, dławiąc się łzami. Jej ręce drżały, przyciśnięte nieudolnie, do klatki piersiowej.
            Usłyszałam to wtedy i zobaczyłam w tym spojrzeniu, tą prawdziwość tych słów, desperacje i niemą prośbę w zapłakanych oczach — to porozumienie, które czuje matka z córką — niesamowita więź, dzięki której byłam w stanie uwierzyć.
            — Komori Yui... — wychrypiałam, nie dowierzając absurdu sytuacji. — Monstra w kościele... w ostoi.... jedynej ostoi... — powiedziałam do siebie, trzymając się za głowę. Musiałam powiedzieć wszystko na głos, lepiej przyswoić, posmakować tych słów na języku.
            Czyli... czyli te książki, które podkradałam w dzieciństwie Sebastianowi, były prawdziwe? To nie były bajki? Bzdura!
            — Proszę. Zrób to. Musisz to zrobić. Ratuj moje kochane dziecko... — wyszeptała błagalnie. Ponownie poczułam to uczucie, tą nieskazitelną prawdę w słowach matki.
            Moje kochane dziecko. Jej... kochane dziecko...
            — Weź leki, matko. Nie zrobię niewykonalnego i tak już — „no właśnie co?”; podniosłam wzrok — po prostu — podrapałam się niezręcznie po karku — nieważne.
            Nie mogłam się zdecydować, nie pojmowałam zaistniałej sytuacji. Spróbowałam opanować nagły napad paniki głębokimi oddechami.
            — Będziesz wolna... — odwróciła ponownie wzrok — będąc przy niej. Czyż tego nie chcesz? Masz matkę wariatkę. Uciekaj — powiedziała opanowanym, zbolałym głosem.
            Otworzyłam szeroko oczy: „Czemu ona myśli, że ja, że...”; rozchyliłam usta, chcąc powiedzieć to na głos, ale nie potrafiłam dobyć głosu — gardło przeschło mi na wiór. Podeszłam do bezbronnego oblicza matki i objęłam jej drobną posturę swymi małymi ramionami — pasowałyśmy niemal idealnie. Zebrana, do tej pory, adrenalina, ustępowała potężnemu zmęczeniu, które było jeszcze mocniejsze od tego poprzedniego. Poczułam ponowne pulsowanie w skroni, rozchodzące się na całą głowę. Naprawdę nie lubiłam mówić, to było zbyt trudne — trudniejsze od jakiegokolwiek czynu fizycznego.
            Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze, mamo...


♠ ♠ ♠
    
            Płakałyśmy w swoich objęciach tak długo, aż zabrakło nam sił na więcej łez — musiałam przyznać, że to mi pomogło, ten płacz i wszystkie sprawy opowiedziane z przejmującym żalem. Mama była dobrym słuchaczem, niestety tylko, jak chciała. Po uspokojeniu, nie powiedziała nic więcej niż to, że na pewno będę wiedzieć, o co chodzi, jak mam to zrobić i w jakim momencie, że w odpowiednim czasie zrozumiem; ponownie chciałam zalać się łzami, ale nie miałam sił. Nic nie rozumiałam, bałam się, drżałam z przerażenia przed tym, co czekało na mnie niebawem — przed niewiadomym; bezkresną, nieokiełznaną niewiedzą.
            Wtedy chwyciłam za wypaloną lampę i poszłam spać, od tej porażającej informacji, oświadczenia, minęły dwa dni — zagościł piękny sobotni wieczór, a ja wciąż się zamartwiałam, wręcz nasilając całą potęgę niepokoju. Miałam bardzo, ale to bardzo, złe przeczucia, wciąż byłam nie do końca przekonana, gdzieś tkwiło we mnie, że to absolutne bzdury, jednak tak poważny głos matki — to dziwne przeczucie, jakaś więź, porozumienie — i te wszystkie książki, które niegdyś czytałam wiele razy z zapartym tchem, uważając je za bardzo ciekawe bajki z potworkami. Zagościł we mnie paskudny mętlik, nie wiedziałam, co zrobić, jak od tego uciec, zaszyć się w spokojnym kącie i przeczekać — zawsze tchórzyłam, taka już byłam. Przeszło mi przez myśl, że warto przemyśleć wszystko, na spokojnie i w ciszy, w kościele; bez czyhającej za drzwiami matki o zdesperowanym wyrazie twarzy.
            Muszę ją zobaczyć...

            Przystanęłam niepewnie przed drzwiami prowadzącymi do wnętrza kościoła; kopnęłam od niechcenia pobliski kamyk i zanim przyszły otępiające myśli zawrócenia, otworzyłam ciężkie drewniane wrota. Specyficzny zapach — kręcących w nosie kadzideł i czegoś jeszcze — uderzył w moje nozdrza intensywniej niż na zewnątrz. Skrzywiłam się, próbując przyzwyczaić oczy do panującego półmroku. Przede mną wyłożony czerwony dywan — koło niego ustawione rzędami, mosiężne, drewniane ławki — niemal wpadający w brudny bordowy, prowadzący aż po sam ołtarz, na którym z dumą leżały różowe i czerwone róże; łukowaty sufit podpierały gołe kolumny. Wszystko prezentowało się dość ubogo w tym małym kościółku, a panujący chłód, tylko utwierdzał, że wiało tu biedą. Włożyłam ręce do kieszeń kurtki, spinając barki bliżej szyi.
            O wiernych pewnie było trudno w tych pokręconych, o wiele za szybkich, czasach; ja również nie wierzyłam, po prostu przychodziłam niekiedy, bo odczuwałam dziwny spokój i odetchnienie od wszystkiego, co mnie otaczało. Przekraczając próg budynku, który nic dla mnie nie znaczył — tylko sobie był; funkcjonował beze mnie — nie wyróżniający się niczym specjalnym, a następnie wychodząc, czułam się lepiej mogąc zostawić, właśnie tutaj, wiele gnębiących trosk.
            Uśmiechnęłam się pod nosem, stwierdzając, że podobała mi się ta łatka, którą przypięłam do tego miejsca. Moją uwagę przykuł szmer. Spięłam się natychmiastowo. Wytężyłam wszystkie zmysły. Osoba krzątająca się koło ołtarza — wcześniej jej nie zauważyłam — okazała się widocznie poddenerwowaną Yui. Odetchnęłam, podchodząc bliżej. Dziewczyna wybierała niespokojnie zwiędnięte róże, które marnie zakończyły swój krótki żywot po odcięciu ich od krzaków. Niepokój Yui, przechodził z każdym krokiem, także i na mnie. Zagryzłam wargę, przystając w niedalekiej odległości. Potarłam ze zdenerwowania ręce, które zaczynały się powoli pocić.
            Rozchyliłam usta, ale wydobył się z nich tylko niezrozumiany bełkot. Odkaszlnęłam więc cicho.
            — A-ano–
            Wzdrygnęłam się z nieoczekiwanego echa, które wywołałam swoim głosem i natychmiast urwałam; z zamierzenia miało wyjść o wiele, wiele ciszej. Rozszerzyłam z zdziwienia oczy. Yui podskoczyła w miejscu, spinając się i upuszczając trzymane kwiaty — odwróciła się z zaskoczeniem wypisanym na twarzy.
            — Przepraszam, ja — chrząknęłam, pocierając kark — pomogę ci — powiedziałam cicho, żeby nie powtórzyć poprzedniego efektu.
            Głos ewidentnie mi dzisiaj nie służył. Nic dziwnego, skoro tak rzadko go używałam.
            Dziewczyna szybko się uśmiechnęła, dostrzegając znajome rysy i lekceważąco machnęła ręką, akurat gdy zamierzałam się schylić.
            — No co ty, Luna-chan — zaczęła entuzjastycznie — nic nie szkodzi. Cieszę się, że przyszłaś! — postukała o kraniec ołtarza. — Co się tak skradasz, co? — zapytała, podchodząc i obdarowując mnie lekkim uściskiem. — Opowiadaj, co u ciebie?
            Poczułam natychmiastowe ciepło i zapach tanich, słodkich perfum, od których zakręciło mi w nosie. Jej blond falowane włosy do ramion, połaskotały mnie w policzek; skrzywiłam się nieznacznie — była wyższa i rok starsza. Odsunęła się szybko i spojrzała na mnie przepraszająco swoimi dużymi, różowymi oczami z delikatną obwódką jasnych rzęs.
            — Znowu zapomniałaś? Nie lubię, gdy ktoś mnie dotyka — burknęłam niby od niechcenia. — Wszystko, hm — zaczęłam szukać w miarę wygodnej wymówki — może być, tak myślę. — Na potwierdzenie, ukrywając prawdziwe przesłanie, uniosłam delikatnie kąciki ust.
            Obdarowała mnie większym, przyjaznym uśmiechem; zaśmiałyśmy się razem. Uspakajając się, westchnęłam i zanim zdążyłam otworzyć usta, wyprzedziła mnie:
            — Co tutaj robisz? Coś się stało? Potrzebujesz czegoś? — wymieniła podstawowe pytania, którymi zawsze mnie witała, a na które ja nienawidziłam odpowiadać: „Bo niby jak i po co?”.
            — E-ech... Nie — zająknęłam się. — Tak po prostu sobie przyszłam... — wytarłam ręce w materiał wychodzonych spodni — cię odwiedzić! — skłamałam po części, nerwowo się przy tym śmiejąc: „Kłamcą to ty nie będziesz”; zakpiłam z siebie. — Z kolei... odbijam pytanie. Coś-coś się stało? — zapytałam ostrożnie, nie dając jej dojść, chwilę szybciej, do głosu.
            — No... Tak jakby? Heh, wyjeżdżam do kuzynostwa już jutro rano. Ojciec jedzie na misje do Europy i powiedział, że nie mogę zostać, ani jechać z nim. Czuję... — zatrzymała się na chwilę — jestem zdenerwowana — oznajmiła z nieukrywanym smutkiem, ale szybko się uśmiechnęła, chcąc ewidentnie zatuszować swoją chwilę słabości.
            Wytrzeszczyłam oczy, a wargi lekko mi zadrgały — więc przygryzłam je natychmiast — byłam niemile zaskoczona i zdruzgotana. W jednej chwili zapadła się pode mną podłoga; nie wiedziałam, co zrobić, jak się zachować. Mój plan zakładający, odłożenie decyzji, do podjęcia jakiegokolwiek działania, legł w gruzach. Musiałam natychmiast coś wymyślić i to natychmiast. Zaczęłam cała drżeć. Potrzebowałam tej dziewczyny, bo tak stwierdziła matka; pewna część wierzyła jej, a inna chciała pokazać, że byłam w stanie spełnić tę niecodzienną prośbę — była też inna połówka, chyba ta najmocniejsza, która chciała ratować brata za wszelką cenę, nieważne jaką. „Miał dopiero dziesięć lat!”, biłam się z myślami; nie wiedziałam co zrobić.
            — L-Luna-chan, wszystko w porządku? Wyglądasz blado. — Usłyszałam zmartwienie w jej głosie. Obdarowałam, równie zatroskaną twarz Yui, pobieżnym spojrzeniem.
            Zawsze byłam ciężarem, przysparzałam problemów, z bezczelnością żerowałam na innych, byłam słaba i tchórzliwa, nic nie potrafiłam sama, gardziłam sobą, bardzo chciałam móc się wreszcie do czegoś przydać, decydować o sobie; wymieniałam kolejne argumenty z zaciekłą zawziętością. Nie byłam niczego pewna, ale miałam dziwne przeczucie, co do mojej nadchodzącej decyzji.
            — Ja... ja... — zacięłam się: „Tylko nie teraz, błagam.” — Nie! Chcę jechać z tobą– Ja... muszę... muszę–! — wykrzyknęłam monosylabami; poczułam drżenie rąk, więc chcąc ukryć lęk, zacisnęłam kurczowo piąstki.
            Co mam jej powiedzieć? Muszę mieć twoją krew, żeby ratować brata? Jak to brzmi, jakbym ogłupiała! albo co gorsze, coś mnie opętało. 
            Spojrzała na mnie zaskoczona; na jej twarzy malowało się coś w rodzaju ulgi, ale także niepewności i zdenerwowania. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, jakby z namysłem. W oczekiwaniu zacisnęłam wargi w prostą linię. Nie mogłam nic więcej dodać, bo nie miałam czego. Zgubiłam wszystkie argumenty po drodze. Nie. Ja ich po prostu nie miałam, nie mogłam wypowiedzieć ich na głos.
            — Ty... A co z twoją rodziną? Ja nie jestem pewna. Ach... Fajnie by było, ale no... sama rozu–
            Przerwałam jej:
            — Nie. Nie rozumiem. Czemu nie mogę jechać z przyjaciółką? — Prawie wyplułam ostatnie słowo; nie czułam się dobrze, że kłamię w tym aspekcie. Tego orzecha trudno będzie mi przegryźć i spokojnie przetrawić. — Ja... Moja rodzina ma także przyjaciół. Poradzą sobie beze mnie. A ja... — zawahałam się, ale szybko zakryłam to pod pretekstem przerwy na kaszel. — Ja natomiast chcę się wyrwać. Mam dość! Przecież nie będę musiała siedzieć u twoich kuzynów na wieki. Będę mogła wrócić i– No nie? — powiedziałam buntowniczym głosem i poważną miną, z ledwością patrząc jej w oczy.
            Rzygać mi się chciało. 
            Yui wydawała się oszołomiona — być może potokiem słów lub ich znaczeniem. Rozszerzyła oczy w coraz większym zdziwieniu wraz z docierającymi do niej faktami, które ewidentnie szły wolno. Pierwszy raz, to ona nie miała co powiedzieć, a znałyśmy się już prawie rok. Z drugiej strony, nie zdziwiło mnie to, zdałam sobie sprawę, że jeszcze się przed nią nie otworzyłam i długa droga przed nami do tych rozmów bez sensu.
            Zawsze potrzebuję dużo czasu, no chyba, że ktoś bez przerwy na mnie napiera lub sama tego chcę. Wtedy potrafię nagle się otworzyć. Yui tego nie robiła, ani tego nie robi, a ja nie czuję takiej potrzeby.
            — E-ech...
            — Yui-chan! Zgódź się! Proszę, pomóż mi... — jęknęłam błagalnie.
            — N-no, skoro tak. No to, tak... — mruknęła, a ja się uśmiechnęłam.
            Ona po chwili również; chyba jej ulżyło, że nie będzie dźwigać tego sama. Rozsadziło mnie od środka, gdy ten kłamliwy wyszczerz wyszedł na światło dzienne — podałam go na tacy, nie zdającej sobie z tego sprawy, Yui. Miałam złe przeczucia... Bardzo.
            ........................
            3657 słów
            a/n: yeah, nareszcie! Jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z zapowiedzią i małą informacją: zapraszam TUTAJ. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i to ff nie okaże się kolejną katastrofą. Mile widziane Wasze opinie, nie obawiajcie się zostawiać komentarzy pod starym postem. Ps Ten domek u góry, to Luny i jej, jakże uroczej, rodzinki.

Następny rozdział

6 komentarzy:

  1. Ok zaczyna sie ciekawie ale czekam na next Nie bardzo orientuje sie DL bo zobaczyłąm tylko ... 5 odcinków ale kiedyś na pewno dokończę :D
    Licze że kolejny rozdział bedzie już jutro :P
    Pozdrawiam i życze weny !!
    Zapraszam też na mojego bloga :D
    http://slodkiflirtmarzenie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz, są one dla mnie bardzo ważne i jak będę miała czas to zerknę na twojego bloga ;)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. " To mój przybrany ojciec, bo moi rodzice nie żyją, zginęli w jakimś wypadku samochodowym, tak bynajmniej twierdzi wuj."
    Używając w tym zdaniu "bynajmniej", zamiast "przynajmniej", zmieniłaś jego sens tak, że wyszło na to, że "wój wcale tak nie twierdzi". "Bynajmniej" i "przynajmniej" to dwa, zupełnie różne słowa.
    Po za tym malutkim błędem blog jest na wysokim poziomie, o spójnym, lekkim stylu i dobrej tematyce. Naprawdę mi się podoba, więc już biorę się za następne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń
  4. Historia może i jest całkiem ciekawa oraz wciągająca, ale styl pisania już nie. Ciężko się czyta, bo nie łapiesz się w czasach, plączesz je i przez to odrzucasz osobę, która chce to przeczytać. Po za tym jest kilka mniejszych błędów, ale one już tak nie rażą w oczy. Radziłabym popracować nad stylem pisania, a tak to jest okey. Długość odpowiednia i mam zamiar przeczytać resztę.

    Życzę weny i zachęcam do dalszego czytania (mimo, że mój komentarz nie wygląda na taki).

    Ave Vea ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Może i czasem robisz literówki, i wstawiasz przecinki w złych miejscach, ale wiesz, że czekam na rozdział o/

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy