piątek, 15 maja 2015

Diabolik Lovers – Rozdział 2


edit | piątek, 04.08.2017 | całkowicie nowa historia!


P r e t t y  B a b y


było sobie słodkie kochanie, które wydawało się niewinne
            Wróciłam do domu po dłuższej rozmowie z Yui o jej obawach, które nawet podzielałam, i o tym, że będzie musiała zostawić przyjaciół, szkołę — słuchałam wytrwale narzekań dziewczyny. Mówiła praktycznie do siebie — przytakiwałam mechanicznie głową, potwierdzałam, w odpowiednich momentach; pomrukiwałam — bo sama zanurzyłam się głęboko w przemyśleniach. Denerwowałam się niesamowicie przez dziwne przeczucie, które podszeptywało mi, że nie będzie dobrze; starałam się trzymać nadziei, którą był powrót w każdej chwili — co prawda, z pustymi rękoma. 
            Odgoniłam natrętne wspomnienia i bez przekonania, zabrałam się za pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy — nie mogłam modlić się do tej torby przez kolejną godzinę. Mój pokój był tych samych wymiarów, co brata; mieścił okropnie niewygodne łóżko znajdujące się po lewej stronie i stęchłą komodę. Podeszłam do niej, odsuwając pierwszą szufladę — wyjęłam bieliznę i skarpetki — pozostałe ogołociłam z ciuchów. Zostały jeszcze buty; zniszczone, ciemne trampki bez marki, które aktualnie miałam na sobie. Przeglądając w głowie listę rzeczy do zabrania, powoli zaczęłam wciskać wszystko do wielkiej torby, służącej mi bardzo często, była praktyczna — już wcześniej wypróżniając i czyszcząc ją z brudu. 
            Wreszcie przypominając sobie pozostałe przedmioty, które koniecznie musiały ze mną pojechać; stwierdziłam, że spakuję je dopiero nad ranem. Przede mną została tylko niedokończona rozmowa z matką, która na pewno ucieszy się na wieść, że w końcu się do czegoś przydam i uratuję brata — wcześniej tylko mruknęłam rodzicielce, że muszę się pośpieszyć. Wyprostowałam się, wyginając zbolały kręgosłup i spojrzałam przez okno, z niezasuniętymi zasłonami w kolorze zgniłej zieleni — do pokoju wdzierał się mdławy blask księżyca, który za kilka dni miał dostąpić zaszczytu pełni; gryzł się z ciepłym światłem, jakie wydzielała lampa naftowa. 
            Weszłam cicho — a bynajmniej próbowałam: „Przeklęte drzwi.” — do pokoju Akihito, w którym panowała tak mocna duchota, że ledwo można było zaczerpnąć tlenu. Zemdliło mnie przez nieprzyjemny zapach, jednak szybko postarałam opanować zawroty w żołądku; widok zbolałego chłopca przyprawił mnie o łzy. Ponownie wymieniłam mu ścierkę na chłodną, odstawiając wcześniej lampę. Ukradkiem spojrzałam na mamę, która miała zaczerwienione i podpuchnięte oczy, a na, powoli zapadających się policzkach, widniały oznaki niedawnych łez.
            — Nie martw się mamo, Akihito wyzdrowieje — szepnęłam, zanim zdałam sobie sprawę, że chciałam to zrobić. Teraz, gdy zaczęłam już rozmowę, wypadałoby powiadomić ją o tym całym absurdalnym wyjeździe. — Jadę z Yui do jej kuzynostwa. — Przygryzłam wargę, zastanawiając się przez krótką chwilę. — To ta dziewczyna z kościoła — dodałam dla pewności — nie mam wyboru, skoro ona może nam tylko pomóc. Dobrze? — stwierdziłam pośpiesznie, chcąc mieć to za sobą. Moje słowa nie ociekały przekonaniem, dalej nie mogłam w pełni uwierzyć w zaistniałą sytuację.
            Nie wiedzieć czemu, strasznie denerwowałam się tą rozmową, a wcale taka straszna nie była, no może tylko ze względu na nic nie mówiącą, ani nawet, poruszającą się mamę — to było niepokojące. W przypływie desperacji, łaknąc uwagi, pogładziłam, najdelikatniej jak się dało, drobne ramię rodzicielki; od razu się wzdrygnęła — więc szybko zabrałam rękę. Coś pociągnęło silnie za moje serce, ciągnąc je na sam dół; zmrużyłam oczy, aby powstrzymać cisnące łzy. Odwróciłam się, żeby wyjść, ale przy samych drzwiach przystanęłam — nie potrafiłam inaczej: „To przecież moja mama, jaka by nie była”.
            — Dziękuję... za wszystko. Mam nadzieję, że będę miała do czego wracać.
            Nacisnęłam mocno klamkę, która boleśnie obtarła moją dłoń; zacisnęłam zęby. Zimny powiew z korytarza wdarł się do środka, pozwalając swobodnie odetchnąć — wciągnęłam z uwielbieniem świeże powietrze.
            — Luna... Uważaj na siebie — powiedziała bezbarwnym głosem, mimo to dalej brzmiał melodyjnie. — I przede wszystkim nie mów nic tej dziewczynie. To musi być odpowiedni moment. — Spojrzała na mnie stanowczym wzrokiem, wywiercając dziurę w plecach. — A o mnie się nie martw, Sebastian niedługo wróci.
            Chyba zacznę się martwić. Wolałam bym, żeby to był jednak wuj.
            Kiwnęłam twardo głową, ale wewnątrz siebie miałam ochotę wpaść w matczyne objęcia i nigdy z nich nie wychodzić, chciałam krzyczeć, że nie dam sobie rady z czymś, co prawdopodobnie, było nierealne i że mam dość. Mruknęłam jeszcze — bardziej do siebie, bo na pewno mnie nie posłucha lub celowo zapomni:
            — Weź leki. Pamiętaj o nich. Dawkowanie masz wywieszone na lodówce.           
            Mamo.

            Następnego dnia zerwałam się o świcie; słońce dopiero nieśmiało wychodziło zza linii horyzontu — nastał listopad; chłód drgnął całym moim ciałem. Przeciągnęłam się leniwie, przetarłam oczy i wstałam z łóżka. Ściągnęłam z niechęcią szarą koszulę nocną, sięgającą ledwo do kolan, następnie ubrałam ciuchy, przyszykowane wczorajszej nocy — czysta bielizna, skarpetki za kostkę, czarne obdarte spodnie, bluzkę z nadrukiem białego drzewa, ciemną kurtkę, którą od razu zapięłam pod samą szyję, i wychodzone trampki. Zza łóżka wyciągnęłam dość sporych rozmiarów pojemniczek i zażyłam przepisaną dawkę leków, które jak zwykle stanęły mi w gardle; resztę wrzuciłam niedbale do torby. Kiepsko było by ich nie wziąć — nie miałam pojęcia, co by się ze mną stało, gdybym nie brała tych przeklętych pigułek.
            Posłałam starannie łóżko, siadając na nim i czesząc delikatnie włosy, które sięgały swą długością już poza pas — zostawiłam je rozpuszczone; ułożyłam tylko grzywkę, aby dobrze przykrywała mi oczy. Czułam się bardziej komfortowo, nie wiedziałam kogo miałam się spodziewać, ale każdy obcy był dla mnie niemałym wyzwaniem — to nie zmieniało faktu. Bałam się i na samą myśl, chciało mi się wymiotować z nerwów, które osaczyły żołądek dużym, bardzo ściśniętym, supłem nie do rozwiązania. Jeszcze dobrze nie czułam tego, że zaraz opuszczę bezpieczną przystań; musiałam się przygotować na większą dawkę stresu wymieszaną ze strachem. Przełknęłam niespokojnie ślinę, pakując do torby koszulę i szczotkę — do tego wygrzebałam z pod łóżka dotykowy, klocowaty telefon, na którego ciężko zapracowałam: „No dobrze, odkupiłam go razem z gratisem w postaci słuchawek, za dwa tysiące jenów”. Był w pełni naładowany (co zrobiłam potajemnie w szkole) i gotowy na dalsze słuchanie muzyki. Uwielbiałam słuchać spokojnych, kojących melodii.
            Wsadziłam urządzenie do kieszeni kurtki, zasuwając ją dla bezpieczeństwa. Nie był to sprzęt najlepszej jakości, ale mój pierwszy i jedyny, więc o niego dbałam — a nuż się do czegoś przyda. Wstałam i zarzuciłam wypchaną torbę na ramię, która natychmiastowo zaczęła mi ciążyć. Zmarszczyłam brwi, uważnie rozglądając się po pokoju; miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Po chwili namysłu, wreszcie wygrzebałam z czeluści pamięci wspomnienie o książce, którą kiedyś ukradłam Sebastianowi — jeszcze jej nie przeczytałam, bo będąc dzieckiem, kompletnie nic nie rozumiałam, ba, ja nawet nie pamiętałam, żebym ją otwierała, a teraz zwyczajnie nie miałam czasu na przeglądanie. Przykucnęłam i wyciągnęłam ją z ukrycia; leżała schowana pod materacem.
            Wyglądała na bardzo starą, ze smolistą okładką; dość cienka — nie liczyła więcej niż trzysta stron. Otworzyłam ją na jednej z kartek; papier był lekko sfalowany i zżółknięty po latach leżenia w ciemnościach i wilgoci, wyglądał jak kruchy jesienny liść. Piękne litery, równie ciemne co okładka, wyróżniały się na tle poniszczonych stron. Nie znałam tego języka, był strasznie dziwny, a mimo to, z łatwością odczytałam pierwsze wytłuczone słowo.
            Eden.
            Obraz przed oczami nagle stracił ostrość; zakręciło mi się w głowie, pewnie od zbyt szybkiego wstania na równe nogi. Zatrzasnęłam podejrzaną książkę i schowałam ją w głąb torby, która ledwo zmieściła kolejny przedmiot. Kropelka potu spłynęła mi po skroni, którą szybko przetarłam wierzchem dłoni, czując w tym miejscu kujący ból. Zdecydowanie byłam zmęczona.
            — A więc została jeszcze toaleta i dojście do kościoła... — mruknęłam do siebie, nie chcąc dalej o tym myśleć. O niczym. 


♠ ♠ ♠

            Byłam niewyspana przez to ciągłe rozmyślanie, zresztą, jak zawsze, i nawet monotonne kołysanie pojazdu w akompaniamencie ze spokojną muzyką, puszczoną przez kierowce z radioodbiornika, nie pomogło mi zasnąć. Co innego było z Yui, która beztrosko przysypiała na moim lewym barku; powoli zaczynała ciążyć mi jej głowa, ale nie miałam sumienia budzić dziewczyny. Musiałam przyznać, że wyglądała słodko, gdy spała — nawet z półotwartymi ustami. Jechaliśmy chyba już sporo czasu, bo zdrętwiały mi nogi. Wyjazd trochę się opóźnił z wielu powodów — tych przeze mnie znanych i tych owianych tajemnicą — słońce zdążyło powoli chylić się ku zachodowi.
            Przymknęłam oczy, żeby chociaż spróbować trochę się przespać, ale mocne kołatanie serca, skutecznie mi to uniemożliwiało; do tego dochodziły jeszcze ciągłe mdłości. Potarłam spocone ręce i zaczęłam skubać skrawek kurtki. Trochę się poprawiłam, gdy poczułam, że mój bark więcej nie zniesie. Blondynka tylko krótko mruknęła niezadowolona i dalej spała w najlepsze.
            Ciągle zastanawiało mnie, wbijając się uporczywie w mój umysł, dziwne zachowanie ojca Yui. Gdy przyszłam w uzgodnione wcześniej miejsce, nie odezwał się do mnie ani słowem, co było niemałym zaskoczeniem, bo zawsze witał ciepło i z otwartymi ramionami, ale mniejsza o to. Ważniejsze było to, że powinien być zatroskany wyjazdem swojej córki, w końcu mieli bardzo dobre relacje, więc taka reakcja była jak najbardziej na miejscu — jednak jej nie było; w tym właśnie problem. Wracając, nie patrzyłam mu w oczy, czując dziwną winę ciążącą na sobie, jakbym zrobiła coś złego i to bardzo złego; wzroku księdza też na sobie nie czułam. Dopiero, gdy kierowca zapakował nasze bagaże do bagażnika, pogłaskał nas po głowie. Poczułam się wtedy jeszcze dziwniej, nie wiedząc do tej pory dlaczego.
            Jakby mnie przepraszał... ale za co?
            Nagle samochód podskoczył gwałtownie na wyboistej drodze i zaczął się cały trząść. Wydałam zaskoczone jęknięcie, bo mocno się wyłączyłam. Zaspana Yui, rozejrzała się nieprzytomnie i gdy wreszcie zerknęła na mnie, uśmiechnęła się delikatnie, natomiast jej oczy mówiły całkiem co innego, widziałam w nich, dobrze znane mi, zdenerwowanie. Przemilczałam to i otworzyłam szybę; odetchnęłam, czując całkowitą ulgę na ramieniu — trochę jeszcze pobolewało. Przestając się krzywić, zauważyłam, że wjechaliśmy do lasu; przyciemniało. Spojrzałam kątem oka, na rozemocjonowaną dziewczynę, która bawiła się teraz jak dziecko, oglądając zwyczajny krajobraz, który widziałam codziennie. Po chwili drzewa przerzedziły się i odsłoniły pobliskie jezioro, w oddali zauważyłam dach wielkiego budynku. Zadrżałam mimowolnie, czując zimny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Szybko zakręciłam szybę, bo nie chciałam się przeziębić. Wypuściłam trzymane powietrze, zdając sobie sprawę, że je wstrzymywałam od dłuższej chwili, gdy płuca zaczęły palić z nadmiaru dwutlenku węgla zgromadzonego wewnątrz pęcherzyków. 
            — ... Luna, Luna-chan. Słuchasz mnie? — Widok przysłoniła mi drobna ręka z długimi palcami, a razem z nią, dobiegł mnie zmartwiony głos blondynki. — Coś się stało? Jesteś strasznie blada — dodała, gdy obdarowałam jej zatroskaną i odrobinę przejętą twarz spojrzeniem zza grzywki.
            Dlaczego?
            — Myhym. Zawsze jestem blada — oznajmiłam, przeciągając się trochę. — To rodzinne. — Uśmiechnęłam się lekko, żeby nadać prawdziwości wypowiedzi, bo w końcu, po części tak było, a druga połowa niech już zostanie tylko ze mną.
            Nie mam zamiaru nikogo obarczać swoimi problemami. 
            Pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie mogłam się powstrzymać od porównania jej do psa, który wykonywał każde polecenie swego pana. Zachichotałam pod nosem. Pasowało. 
            Chwilę później samochód zatrzymał się przed wysoką, ozdobną bramą, którą widziałam przez przeciwległe okno. Kierowca z zaciekawioną Yui już wysiedli z samochodu — ja przyrosłam do siedzenia z szaro-granatową tapicerką i przełykałam powoli ślinę, żeby powstrzymać mdłości. Kto wie, co by się stało, gdybym nagle wstała. Raczej nie miałam ochoty oglądać widoku swoich rzygowin. To prawda, przestraszyłam się wielkości budynku, który znajdował się za bramą, sprawiał wrażenie uczucia przytłoczenia. Krew szumiała mi w uszach, niemal zagłuszając wszystkie inne odgłosy, a serce dudniło o klatkę piersiową. W końcu wyszłam z pojazdu na drżących nogach; zakołysałam się na boki, gdy świat zakręcił się we wszystkie strony. Podparłam się tylnej szyby, zostawiając na niej odcisk spoconej dłoni.
            Podskoczyłam zaskoczona, gdy do moich rąk został wepchnięty gruby pasek torby — założyłam go od razu przez ramię — na wypadek jeszcze zasłoniłam pobrudzone szkło swoim ciałem. Spojrzałam niewinnie na starszego mężczyznę o czarnych włosach i matowych brązowych oczach, na moje szczęście od razu odszedł. Wcześniej tylko kiwnął głową, co chyba było niemym pożegnaniem. Biorąc się w garść — uciekając od popełnionej przed chwilą zbrodni na samochodzie tego pana — podeszłam do bramy, którą otworzyła już za mnie Yui i weszłam na wewnętrzny plac przed budynkiem. Naraz usłyszałam pisk opon. Odwróciłam się gwałtownie, rejestrując wszystko ze spowolnieniem. Gdy zobaczyłam oddalający się pojazd, chciałam rzucić się dramatycznie w pogoń za nim i wrócić do domu. Jednak tego nie zrobiłam. Zakręciło mi się w głowie na myśl o zaprzepaszczonej szansie ucieczki.
            Wolne żarty. Zwymiotuję zaraz...
            Spojrzałam, z lekkim ociąganiem, przed siebie na źródło szumu wody. Fontanna z dziwną kamienną ozdobą przypominającą zdeformowanego ptaka z skrzydłami nietoperza. Na pewno złe pierwsze wrażenie. Ominęłam ją, ciągle uważnie obserwując, czy nagle nie ożyła i nie miała zamiaru mnie zabić. Za skrzydlatym straszydłem stała majestatyczna rezydencja wyglądająca na nieco opuszczoną — albo pozbawioną kreatywnej ręki. Przy budynku rosły szpiczaste iglice, u których pni układały się mniejsze i większe krzaki, a oplatał go ciemny bluszcz. Zerknęłam na równie potężne okna, niektóre zasłonięte masywnymi zasłonami.
            — Niesamowite, czyż nie! — powiedziała zdumiona Yui, na w pół krzycząc i wyminęła mnie podekscytowana. Oderwałam wzrok od podziwiania przygnębiającej scenerii.
            Zdecydowanie nie podzielałam jej zdania.
            — Kim są właściwie twoi kuzyni? — Przekrzywiam głowę w bok, oczekując odpowiedzi, której wcześniej nie dostałam.
            — Dalecy krewni. Wiem tylko tyle, że ich nazwisko to Sakamaki.
            Nie byłam usatysfakcjonowana odpowiedzią, która poniekąd nie wniosła nic nowego, ale przytaknęłam drętwym mruknięciem, pokazując, że usłyszałam. Dziewczyna w trakcie zdążyła już wejść na schody. Przekierowałam oczy na ogromne, grube drzwi o wysokości mojego domu. Nagle poczułam się taka mała i jeszcze bardziej niepotrzebna — nie polubiłam tego nowego uczucia. Zacisnęłam nerwowo rękę na pasku torby. Otoczenie przyciemniało, a na nos spadło mi coś mokrego. Podniosłam głowę, dostrzegając dość sporych rozmiarów burzową chmurę. Niebo szybko przybrało odcieni szarości. Zaczęło lać. Przełknęłam ślinę, kierując się pośpiesznie w stronę blondynki, nie chcąc przemoknąć do suchej nitki. Zapukała metalową kołatką w drzwi. Rozległ się głuchy huk, który nawet usłyszałam z dołu schodów. Pomieszczenie za nieznanym mi drewnem, musiało być przestronne.
            — Przepraszam! — krzyknęła Yui po trzech uderzeniach kołatką. Nikt nie otworzył, ani się nie odezwał. Słychać było jedynie deszcz. Jakby nie wiedzieli, że przyjedziemy; że przyjedzie Komori. Skrzywiłam się nieznacznie.
            Rozległ się grzmot, a ja spanikowana doskoczyłam do dziewczyny, która spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem, a ja nie wyhamowując, niemal wpadłam do środka. Nie byłam pewna, czy aby same się nie otworzyły. Zignorowałam to, czując napływającą falę gorąca na policzki. Zaczerwieniona, wyprostowałam się i obejrzałam w popłochu na boki. Na szczęście nikogo nie zauważyłam. Wypuściłam drżący oddech.
            — Nic ci nie jest? — zapytała, kładąc mi na ramieniu wolną rękę, a ja poczułam zażenowanie i zaprzeczyłam w pośpiechu głową. To był nagły impuls, podsycony kumulującą się nerwowością. Reagowałam dwa razy mocniej w napadach paniki. — Przepraszam za najście! — krzyknęła, gdy upewniła się, że ze mną wszystko w porządku.
            Rozejrzałam się niepewnie po otoczeniu. Tak jak myślałam, przywitała mnie duża przestrzeń. Podłogę zdobił czerwony dywan — o wiele czystszy niż ten w kościele — który ciągnął się aż na schody i pewnie na ich widoczne rozwidlenie. Sufit podpierały gdzieniegdzie wysokie kolumny, trochę dalej, zwisał z niego ogromny, zdobiony żyrandol. Wytrzeszczyłam oczy na bogactwo tej rezydencji — nie mogłam pojąć kwoty włożonej w ten budynek. Po chwili zachwycania się dosłownie wszystkim, zauważyłam, że Yui weszła w głąb pomieszczenia. Rzuciłam okiem na postumenty przy schodach z siedzącymi na nich dwoma karłami, które mignęły mi na moment, gdy obracałam głowę. Miały świece na grzbietach.
            Co dziwne, dom nie dawał żadnych oznak żywej duszy; wydawał się wręcz opuszczony — jednak niemożliwe, bo nigdzie nie dostrzegłam choć warstwy kurzu. Na zewnątrz znowu zagrzmiało. Burza rozpętała się na dobre, gdy do niedawna nie było żadnych odznak jej nadejścia. Wzdrygnęłam się, nieskutecznie odganiając chęć schowania się pod kołdrę. Zagryzłam wargę, spoglądając wreszcie na dziewczynę, która od dłuższej chwili nic nie powiedziała. Patrzyła w prawą stronę, więc i ja odwróciłam, w tymże kierunku, głowę.
            Koło dużego okna mieściła się zielona sofa, na której leżał chłopak; głowę miał opartą na fioletowej poduszce z czarnym obszyciem w falbanki. Wydawał się spać dość głęboko, nic dziwnego, że nie przyszedł nas przywitać. Kiwnęłyśmy porozumiewawczo głowami, podchodząc do niego. Zatrzymałam się dalej niż Yui, ale wciąż idealnie go widziałam. Miał czerwonawe włosy, przechodzące w brąz i bardzo bladą skórę — równie porcelanową jak mojej mamy. Co jakiś czas, błysk pioruna oświetlał jego twarz, nadając jej upiornie bladoniebieskiego koloru. Przycisnęłam zaciśniętą pięść do klatki piersiowej, która dudniła od uderzeń serca, obawiając się, że — nie tyle, co wyskoczy mi przez gardło — ale może usłyszeć je jedna z obecnych tu osób. W szczególności na wzgląd męskiego osobnika; strasznie mnie onieśmielał swoją urodą.
            Pierwsza osoba i już chłopak. Bardzo źle.
            — Um, przepraszam? — odezwała się po chwili blondynka, która również się mu przyglądała. Dotknęła jego ręki, gdy nie zareagował. — Zimna!
            Ponownie wytrzeszczyłam oczy, podchodząc bliżej. Na razie jeszcze to o niczym nie świadczyło, moje też były zimne, a nie panikowałam. Yui klęknęła na podłodze i przyłożyła ucho do jego piersi. Dostrzegłam przerażenie na jej twarzy, które w zastraszającym tempie przeszło na mnie, bo przed chwilą odpychałam pewną cisnącą się myśl.
            — Nie słyszę bicia jego serca! Nie ma pulsu! — krzyknęła w moją stronę.
            W jednej chwili poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a moim ciałem wstrząsają niekontrolowane drgawki. Odskoczyłam w przerażeniu do tyłu, mało nie potykając się o własne nogi. Dostawałam silniejszego napadu paniki.
            Zwymiotuję. Zaraz zwymiotuję! To trup!
            Yui, jedyna spójnie myśląca osoba w tym momencie, wyciągnęła pośpiesznie różowy telefon z klapką. Wystukała w panice, drżącymi palcami, numer alarmowy. Z ledwością wyłapywałam dźwięki. Słyszałam tylko ekstremalne obijanie serca o żebra i przepływającą krew w uszach. Organ bił tak mocno, że wystarczyło by nawet dla tego chłopaka. Nagle doszła do mnie powaga sytuacji. Trzeba było zacząć go reanimować, ale moje nogi odmówiły natychmiastowo posłuszeństwa, wrastając się w dywan. Mogłam patrzeć już tylko z nadzieją na stanowczą, w swych działaniach, Yui.
            Wyrwałam się z objęć przerażenia. Zamarłam. Chłopak ożył. Wpadłam w ponowny napad. Podniósł się. Chwycił telefon, równie zdezorientowanej dziewczyny, i wyrwał go jej. W ułamku sekundy, przyciągnęły mnie jego jadowicie zielone tęczówki z kocimi źrenicami: „Zachwycające.” Potrząsnęłam głową, bijąc się z myślami.
            Jak mogłam w tym momencie... Ugh!
            — Za głośno. Nie jesteś w swoim domu, więc bądź cicho — powiedział z pretensją w zdecydowanym głosie, był ochrypły od niedawnego snu. Zbyt intymny, żebym mogła go słuchać bezkarnie.
            Ugięły się pode mną kolana i to nie wcale z powodu jego atrakcyjności.
            — Ty żyjesz... — szepnęła zaskoczona blondynka. — Ale... nie miałeś pulsu!
            — Oczywiście, że żyję. Jak myślisz kim jest Ore-sama. Czekaj? A ty to kto?
Yui podniosła się, ale chłopak mówiący o sobie w trzeciej osobie, rzeczony król, złapał ją w pasie i przewrócił pod siebie na sofę. To był ułamek sekundy, gdy bezwładnie upadła pod jego wolą.
            — Co?! — zapiszczała bezradnie.
            — Czyż to nie oczywiste? Dostajesz karę za obudzenie Ore-sama — odrzekł, uśmiechając się kpiąco.
            Oczy przewróciły mi się do tyłu głowy, zauważając, jak pochyla się nad biedną Yui, która widocznie drżała, i polizał jej odsłoniętą skórę szyi. Wzdrygnęłam się i jęknęłam z obrzydzenia. Tym razem uśmiechnął się o wiele bardziej obleśnie... obnażając kły.
            Kły. Kły. Kły?!
            Gęsta mgła opadła z mojego umysłu. Natychmiast, na myśl nasuwało się tylko jedno. Wszystko działo się bardzo szybko. Chciałam ostrzec Yui, żeby się broniła. To był mój priorytet. Jednak z gardła wydostał się tylko bliżej nieokreślony jęk. Nie dowierzałam temu, co widziałam. Nie mogłam uwierzyć, że to wampir — w końcu miał kły. Próbowałam wpoić sobie omamy; zwidy, które przysłoniły mi prawdziwą rzeczywistość swą wybujałą otoczką. Przed oczami pojawiły się ciemne plamy, na przemian mieszając się z innymi barwami otoczenia. Paznokcie wbiłam boleśnie w zaciśnięte dłonie. Chciałam uciekać, ale... byłam tak przerażona, że nie mogłam ruszyć się z miejsca. Sparaliżowało mnie.
            — Ayato, co ty wyprawiasz z naszym gościem? — Usłyszałam niedaleko siebie męski głos. Dojrzalszy i o wiele poważniejszy. Zielonooki zatrzymał się niebezpiecznie blisko szyi Komori.
            — Tsk. Reiji, że też musiałeś tu przyleść akurat teraz — prychnął i usiadł na sofie, patrząc spode łba na mężczyznę, który stał u mojego prawego boku.
            Pisnęłam zaskoczona, nie zdając sobie sprawy — zbyt zaabsorbowana poprzednim wydarzeniem — że stał tak blisko. Nie miałam pojęcia, jak mogłam tak mocno się wyłączyć. Uniosłam na niego niepewny wzrok. Nie patrzył na mnie; ignorując moją obecność. Korzystając z okazji — otaksowałam go szybkim spojrzeniem. Jego wygląd mnie zniewolił, również, jak bodajże, Ayato — obaj byli nieziemsko przystojni. Mężczyzna był wysoki, ze stonowaną sylwetką i szerokimi ramionami; miał czarne włosy, lekko wyblakłe, jak na mój gust, i jasnoczerwone oczy za okularami w cienkich oprawkach. Moją uwagę przykuły smukłe ręce odziane w białe rękawiczki oraz strój, przypominający trochę ubrania kamerdynera.
            — To jest główny hol. Z takimi interakcjami wchodź z gościem w swoim prywatnym pokoju — powiedział oficjalnie, zakładając ręce poniżej klatki piersiowej.
            — A ty to kto, Rybo? — zwrócił się w moim kierunku, całkowicie ignorując okularnika.
            Poczułam, jak pod wpływem jego intensywnego spojrzenia, ciepło wpływa na moje policzki, zastępując trupi odcień strachu. Zdałam sobie sprawę, że stałam właśnie z otwartą buzią i wgapiałam się w mężczyznę obok. Szybko odpuściłam szczeniackie zawstydzenie, upominając siebie, że ten czerwonowłosy był wampirem i nie czas na takie bzdety. W tym momencie chciałam zemdleć, ale strach, który na powrót we mnie zagościł — wraz z poprzednim ożywieniem — skutecznie mi to uniemożliwiało. Yui zerwała się z kanapy, dostając natychmiastową uwagę ze strony Ayato i mojej. Z przyciśniętymi, do klatki piersiowej, rękoma, podbiegła w kierunku, gdzie stałam.
            — Pomocy! — krzyknęła w stronę czarnowłosego mężczyzny, ale on nie zwrócił na nią uwagi. — Nie wiem co—
            — Kim są te ludzkie dziewczyny i co tu robią? — zażądał odpowiedzi, poprawiając okulary i obrzucając nas pobieżnym spojrzeniem. Całkowicie wtrącając się Yui w słowo.
            — Myślałem, że ty mi powiesz. Deska się na mnie rzuciła, dobierając się do mnie, gdy spokojnie spałem. A ten... Rybi Naleśnik — przerwał, taksując mnie wzrokiem, a ja skrzywiłam się na moje nowe przezwisko: „Bywały już gorsze.” — Tsk. Jak to się stało, że dopiero cię zauważyłem? — mruknął bardziej do siebie, a ja obrzuciłam go zdezorientowanym spojrzeniem.
            — Huh? Ja wcale– Hej! Jak mnie nazwałeś? To było do mnie? — oburzyła się, marszcząc śmiesznie cienkie brwi.
            — Tak. Dobrze słyszałaś. Spójrz na swoje pier — urwał, poprawiając się — na brak swoich piersi. — Wyszczerzył się, obdarowując ją kąśliwym komentarzem.
            Potrząsnęłam głową. Nie dowierzałam abstrakcji tego wydarzenia. Ja tu mdlałam ze strachu, a Yui odcinała się wampirowi. Wampirowi!
            — J-ja... to– oni są– on j-jest... — wykrztusiłam, ale Yui mnie zbyła.
            — Wcale nie! Nie nazywaj mnie tak!
            — Deska.
            — Nie nazywaj mnie tak — wykłócała się z nim jak dziecko.
            — A-ano... ja...
            — D-e-s-k-a — powiedział osobno każdą literę, przeciągając ją z satysfakcjonującym uśmiechem, gdy Yui coraz bardziej się irytowała.
            — Uch!
            — J-ja!
            Wampiry!
            — Przestańcie. Powiedz mi lepiej, co tutaj robisz, dziewczyno — wtrącił się Reiji, uważnie patrząc na blondynkę, całkowicie mnie przy tym ignorując. Bynajmniej próbowałam. Cofnęłam się, podejrzewając, że on też był wampirem. Przygryzłam mocno wargę. Teraz mogłam uciec, jednak...
            Czy to coś da? Przecież to wampiry. Szybko mnie złapią i jeszcze zabiją. Ugh! Pomocy, ktokolwiek! Mamo, Sebastian...
            Desperacko próbowałam nawoływać pomocy, próbując równocześnie opanować drżenie ciała i pozostałe symptomy napadu.
            — Mam na imię Komori Yui, a to Luna — przedstawiła nas w pośpiechu i kiwnęła na mnie głową. Spojrzałam tępo na podłogę, poprawiając rozdygotaną dłonią, zsuwający się pasek torby. — Mój ojciec wysłał mnie tutaj, abym zamieszkała w tej rezydencji.
            — To dziwne. Nie zostałem o tym poinformowany — powiedział bardziej do siebie i w zamyśleniu podparł brodę. — W każdym razie, przejdźmy do salonu.
            W trakcie rozmowy, dosłownie znikąd, pojawił się starszy mężczyzna. Zabrał bez słowa — ani mrugnięcia powieką — walizkę, którą zostawiła Yui i wyciągnął dłoń, prosząc także o mój bagaż. Obie przestraszone, cicho pisnęłyśmy, a ja, na domiar złego, niemal nie zaszczyciłam podłogi wypluciem nagromadzonej śliny. Chwilę się wahałam, bo w końcu to moja rzecz, ale z posłuszeństwem oddałam torbę. Wiedziałam, że nie było ratunku. Nie miałam co zwlekać i tak by mnie nie uratowała.
            Książki, które czytałam do niedawna z zapartym tchem, przedstawiały wampiry jako istoty nie bojące się czosnku oraz święconej wody; nie działały na nie kołki, nie świeciły w słońcu jak w Zmierzchu. Były krwiożerczymi bestiami żądnymi ludzkiej krwi. Zdawały się nieśmiertelnie. Zranić można je srebrnymi pociskami, lub srebrnym mieczem. Bynajmniej tak pisano w starych księgach, które zalegały półki Sebastiana. Nie miałam pojęcia, z jaką skutecznością. W każdym razie, takowych broni przy sobie nie posiadałam i prawdopodobnie nie byłabym w stanie zabić jakiejkolwiek istoty.
            Posłusznie więc podążyłam za Reijim, zostawiając Yui z tyłu, która po chwili do nas dobiegła. Nogi pulsowały mi od nadmiaru adrenaliny, ale nie potrafiłam tym razem uciec, tak po prostu, bo teraz sprawa była większej wagi. Rozbrzmiał się kolejny i kolejny grzmot, a ja zaczęłam liczyć długość czasu pomiędzy nimi. Poczułam piekące łzy, gromadzące się w kącikach oczu: „Słabeusz”.
            Dotarliśmy do salonu, wchodząc po schodach, o które praktycznie cały czas się potykałam. Yui nie raz złapała mnie w ostatnim momencie, a Reiji posyłał mi tylko spojrzenia pełne dezaprobaty. Czułam od niego płynącą niechęć, wraz z odpychającym zimnem. Przypominał trochę Sebastiana, który zawsze tak na mnie patrzył, w szczególności, gdy zaczęłam poznawać „sztukę” picia herbaty z filiżanki — nieraz dostawałam po głowie. Nie mogłam wręcz powstrzymać prychnięcia na wspomnienie o tym świrze.
            Na środku przestronnego pomieszczenia, znajdowała się ciemnoniebieska sofa i dwa fotele na przeciw siebie, ze zdobionymi oparciami; pomiędzy znajdował się niski stolik z świecznikiem. Wszystko stało na niewielkim, ciemnym dywanie. Dwa wąskie okna, mieściły między sobą biały kominek z marmuru; na nim stał zadziwiający zegar w kształcie trójkąta (niezmiernie mi się spodobał), a kolejna sofa o jasnobrązowym kolorze, znajdowała się niedaleko. Przy jednej z ścian, stał wysoki kredens z ciemnego drewna — mieścił talerze i różnego rodzaju wazy — koło niego umieszczono szafę i lampy. Ściany utrzymywały jasną barwę, ale niezbyt zachęcającą dla oka.
            Blondynka usiadła na ciemnoniebieskiej sofie, a Ayato, który pojawił się chwile przed nami — ku mojemu zdziwieniu (przebiegłe wampirze sztuczki) — usadowił się na jednym z fotelów, rozkładając całą swoją osobę. Postanowiłam przystanąć niedaleko okularnika, jednak wciąż w bezpiecznej odległości. Ręce bezwładnie opuściłam wzdłuż ciała i zaczęłam czekać na, niemożliwy do odwołania, wyrok. W miarę spokojnego przejścia, zdążyłam zwalczyć niektóre symptomy napadu paniki — te najbardziej przerażające i bolesne; uniemożliwiające swobodne poruszanie.
            — A więc — ponownie zabrał głos Reiji. Wydawał się tu być gospodarzem całego domostwa. — Wracając do spraw formalnych. Opowiedz, jak dostałaś się do tego domu.
            Mój wzrok przeskoczył na Yui, która wyglądała na bardziej opanowaną ode mnie. Siedziała z rękoma ułożonymi na kolanach. Chłopak mówiący o sobie w trzeciej osobie, także na nią patrzył.
            Biedna, jeszcze nie wie, co ją czeka... chyba.
            — Um... ja, więc—
            — Fufu~. A co my tu mamy. — Przerwał jej świergotliwy głos, dochodzący z góry. Spojrzałyśmy zgodnie, w ów kierunku.
            Moje serce zrobiło fikołka, gdy zobaczyłam kapelusz na rudej głowie chłopaka, który opierał się o poręcz: „Zawsze o takim marzyłam”. Ponownie skarciłam się w myślach, za takie banały przechodzące mi przez głowę w obecnej sytuacji.
            — Czy to prawda, że jest tu piękna, ludzka dziewczyna~? A może nawet i dwie~? — zapytał retorycznie, przeradzając swój ton, w nieco bardziej melodyjny.
            — Ach! — pisnęła.
            Zanim zdążyłam przyjrzeć się mu lepiej, już siedział koło blondynki.
            — Mmm, pięknie pachniesz~ — zamruczał, liżąc zaskoczoną Yui w policzek.
            Odruchowo się skrzywiłam, reagując na zuchwałość, jaką przedstawił jego gest. Przyjrzałam się lepiej. Dostrzegłam mały pieprzyk zdobiący prawą stronę brody, oczy o kolorze zieleni — podobne do Ayato, lecz bardziej łagodniejsze i nie tak przyciągające — falowane, ciemnorude włosy. Kapelusz, kaptur z futerkiem; przywodził mi na myśl wygląd kobieciarza. Nie miałam pojęcia dlaczego, po przecież rzadko miałam styczność z płcią przeciwną. Trochę ich unikałam. Za sofą dostrzegłam kolejnego chłopaka — pojawił się nagle, jak poprzednik. Był drobnej postury, dość niskiej, posiadał włosy w kolorze fioletowym i oczy o podobnej barwie z sinymi cieniami pod nimi. Trzymał dużego misia z opaską na jednym oku. Zabawka przerażająco szybko przypomniała mi o bracie i króliku — też miał piracką opaskę, ubranko i creepy wygląd; choć maskotka Akihito zdawała się żyć, a ta jedynie wyglądała na martwą. Sam chłopak z postury przypominał brata. Ściągnęłam brwi.
            — Daj też posmakować — rzekł melodyjnym głosem, podobnym do brzmienia głosu słowika, a następnie schylił się, żeby polizać Komori za uchem. Zaskoczona złapała się za twarz, piszcząc cicho. — Tak, jest słodka.
            Czy wszyscy tu, muszą obnosić się w tak arogancki, niekulturalny sposób?
            — Zobaczmy, zobaczmy. — Usłyszałam nagle za sobą głos rudzielca, który położył swoje ręce na moich ramionach. Poczułam zapach jego mocnych perfum, od których zakręciło mnie w nosie. Wzdrygnęłam się i jak oparzona strzepnęłam je, natychmiastowo podbiegając za Reiji'ego. Wychyliłam się nieznacznie, żeby na niego spojrzeć. — Nie zdążyłem się zagłębić, Bitch-chan~. — Puścił w moją stronę perskie oko, a ja ponownie schowałam się za okularnikiem, zgrzytając cicho zębami.
            Skojarzył mi się ze szmatą z mojej szkoły, która nazywała mnie suką, tylko po japońsku. Ja mu dam... Co mu tak właściwie zrobię? Nawet teraz bawię się w chowanego za cieniem innych.
            Nie mogłam odgonić tej pokracznej myśli. 
            — Oboje przestańcie. Nie sądzicie, że wasze zachowanie jest niegrzeczne wobec tych dwóch panienek? — odparł beznamiętnie Reiji. Spojrzałam na niego kontem oka. Szybko jednak skupiłam ponownie wzrok na kapeluszniku, który usiadł z powrotem koło Yui.
            — Co? Daj spokój Reiji.
            — Przestańcie! Należy do mnie, ja zobaczyłem ją pierwszy! Bierzcie Rybiego Naleśnika! — warknął, dotychczasowo milczący, Ayato. — Łapy precz od Deski!
            — Hm? Rybiego Naleśnika? — zapytał zdziwiony rudzielec, patrząc na chłopca z misiem, a następnie z powrotem na Ayato. On kiwnął tylko głową w moim kierunku. — Ech? Nie widzisz, że tamta Bitch-chan Dwa, należy do Reiji'ego?
            — C-co?! — oburzyłam się, wychodząc zza wymienionego osobnika. Reiji przemilczał wypowiedź.
            — Mam dość! Tylko to twoje gadanie, Ore-sama to, Ore-sama tamto. — Usłyszałam nowy, mocny męski głos. Zadrgało od jego doniosłości. 
            — Przestań chrzanić! — krzyknął Ayato, podnosząc się i wymachując ręką. — Wiem, że to ty Subaru, wyłaź!
            — Tutaj.
            — Ech?!
            Jego wzrok zatrzymał się za mną, więc obróciłam się i zamarłam. Przy kredensie stał chłopak, który przywołał mi jeszcze mocniejszy obraz brata. Białe włosy z przydługawą grzywką, która zakrywała jedno z krwistoczerwonych, wąskich oczu i zaciśnięte w pięści dłonie. Buntownicza postawa. Czemu wszystko mi go przypominało?
            — Poczułem zapach ludzi, więc przyszedłem — oznajmił. — Czemu przerwałyście mój sen, hę?! — krzyknął i przywalił pięścią w ścianę, z której posypał się tynk.
            Nawet charakter miał podobny do mojego brata. Gdy Akihito się wkurzał, to lodówka zawsze szła w ruch razem z nieszczęsną komodą — nie mogłam pojąć, skąd brał taką siłę w małym ciele. Nie raz musiałam naprawiać wyrwane deski, ciężko pracować, żeby odkupić potrzebny sprzęt czy nakładać opatrunki na jego pokaleczone dłonie, bądź na siebie. Obaj mieli parę w rękach. Kątem oka zauważyłam, jak Yui zadrgała, a jej oczy zalśniły pierwszymi odznakami łez. Reiji westchnął i z podirytowaniem poprawił zsuwające się okulary. Niepostrzeżenie przyłapałam się na tym, że oceniałam ich wygląd, a nie przypominałam sobie faktu, że są wampirami. Co do...
            — Ano! To musi być pomyłka! Przepraszam, wybaczcie! — odezwała się nagle poddenerwowanym głosem i ukłoniła się delikatnie. Przyśpieszonym krokiem podeszła do mnie.
            — Poczekaj. Mogę sprawdzić autentyczność twojego rzekomego zaproszenia do tego domu — odparł opanowanym głosem Reiji; skutecznie zatrzymując poddenerwowaną dziewczynę. Ponownie zagryzłam wargę, tym razem jednak uważałam, żeby jej nie przegryźć. — Byłoby niegrzeczne, gdybyście teraz opuściły ten dom.
            Yui jęknęła cicho, widocznie chcąc odmówić. Ja też chciałam.
            — Ta kobieta. Ktoś o niej wspominał? — Podskoczyłam na dźwięk kolejnego nowego głosu. Zmęczonego i ociężałego.
            Spojrzałam na brązową sofę, skąd dochodziło źródło dźwięku. Leżał na niej blondwłosy mężczyzna ze słuchawkami w uszach i zamkniętymi oczami w powyciąganym, jasnym swetrze. Zdawał się znużony życiem.
            — Shu, ty coś wiesz o tych dziewczynach? — zapytał retorycznie Ayato.
            — Może...
            — Wytłumacz to nam — zażądał poważnym głosem, chłopak o fioletowych włosach.
            — Ten facet... — zrobił przerwę, dalej nie otwierając oczu. — Mówił coś pewnego dnia, ale o jednej dziewczynie. Nie o dwóch. Mówił, że jest z kościoła i mamy się obchodzić do niej z szacunkiem.
            — Hę? Która to? — zapytał podirytowany Ayato, a mi rosła gula w gardle.
            Wypuszczą mnie...? 
            — J-ja... ja jestem z kościoła — odparła po chwili Yui, patrząc się na mnie ze zdenerwowaniem. Nie odwzajemniłam tego spojrzenia.
            — Mówiono ci, że jesteś naszą potencjalną narzeczoną, Desko?
            — Eeech?! — jęknęła zaskoczona. Mnie również to zdziwiło: „Kto normalny w tych czasach, angażuje małżeństwo bez wiedzy samych kandydatów?” .
            — Bardziej chyba ofiarą... — zakpił rudowłosy, kierując natychmiast swoją uwagę na mnie — a teraz, co z drugą... dziewczyną — powiedział z namysłem. Przeszedł mnie niechciany dreszcz.
            — Och... kazał jej również nie zabijać — przypomniał sobie Shu, który otworzył swoje oczy. Były pięknego, niebieskiego koloru. Wyglądały jak bezkresne morze. Bynajmniej z daleka.
            — Eech~ — westchnął przeciągle kapelusznik.
            Na razie ponownie przeszłam na drugi plan. Chwila oddechu ulgi. Wolałam, żeby zostawili mnie w spokoju i o mnie zapomnieli.
            — Wychodzi na to, że nie jest to pomyłka, więc nas przedstawię — odparł Reiji, który obrócił się w jej stronę. — To jest najstarszy syn, Shu — wskazał na mężczyznę, który leżał i ponownie zamknął oczy. — Ja jestem drugim synem, Reiji. To jest trzeci, Ayato.
            — Tym razem mi nie uciekniesz, Desko.
            — Kanato.
            — Spędzimy razem trochę czasu, dobrze?
            — Laito.
            — Miło was poznać, Bitch-chan i Bitch-chan Dwa~.
            — I ostatni, Subaru.
            — Tch, co za beznadzieja.
            Uważnie zapamiętałam każdego z nich i ich zachowanie. Nie miałam zamiaru natrafić na najgorszego. Lepiej wybrać mniejsze zło.
            — Nie. To musi być naprawdę nieporozumienie. I... i jesteście... jacyś dziwni. Muszę zadzwonić do ojca — powiedziała przejęta Yui, drżącym głosem, którego nie była w stanie ukryć, i cofnęła się do tyłu.
            Bo to wampiry. Nic w tym dziwnego, już pogodziłam się z naszym losem. Z... z nadzieją, Yui.
            Ayato wyciągnął komórkę Yui i nią zamachał.
            — Oddaj! — krzyknęła, podbiegając i bezskutecznie po nią sięgając.
            — No nie wiem, he — uśmiechnął się kpiąco, napawając się jej zdenerwowaniem oraz narastającym strachem.
            Podszedł do nich Subaru, chwycił telefon i zgniótł go w rękach. Pozostałości po urządzeniu spadły na ziemię. Brew mi drgnęła, odruchowo złapałam za kieszeń z urządzeniem. Yui jęknęła ze smutną miną. Od razu pojawili się za nią Laito i Kanato, którzy zaczęli coś do niej szeptać. Sądząc po jej przerażonej minie, nie mogło być to miłe, ani przyjemne. Rudzielec schylił się jeszcze niżej do jej ucha i obnażył kły. Wzdrygnęłam się i odruchowo cofnęłam, przykładając ręce do klatki piersiowej. Znowu moje serce zwiększyło obroty, gdy Komori krzyknęła piskliwie, odbiegając gwałtownie w popłochu, przez co upadła na kolana. Wydałam z siebie stłumiony jęk, błagając w duchu, żeby nic sobie nie zrobiła. Podniosła się i złapała za zdarte kolano. Leciała jej krew. Spojrzałyśmy w tym samym czasie na braci Sakamaki, których oczy zaświeciły się intensywnością czegoś pierwotnego. Patrzyli wygłodniałym wzrokiem na kolano Yui jak na jakąś przekąskę. Wstrząsnęły mną niekontrolowane drgawki, a świat trochę przyciemniał. Wiedziałam, że już się nie ruszę, czując najbardziej dotkliwy z objawów napadu paniki. Mimo wszystko, był to czas na leki.
            Mamo! Ja nie chcę, pomocy! Pomocy! Nie chcę!
            Śmieszne.
            — W-wy... nie jesteście ludź– — wciągnęła ze świstem powietrze, przerywając — w-wampiry! — krzyknęła przerażona, wyciągając nagle przed siebie srebrny krzyżyk.
            Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Tym razem o wiele z mocniejszą siłą. Chciałam krzyczeć, uciekać. Cokolwiek zrobić, ale nie mogłam. Wiedziałam, że to się źle skończy, bo dobrze nie mogło. Nie wiedziałam, co ze mną mogli zrobić. Słyszałam ogłuszający dźwięk w uszach. Nie zakryłam ich. Nie powstrzymałam dudnienia. Do reszty sparaliżował mnie strach, który wbił mnie głęboko w ziemię. Nie było dobrze. Na przemian czułam przepływające gorąco i zimno. Pierwszy raz, tak mocno odczułam skutki napadu, nawet wtedy nie były tak wyraźne. Stałam z rozszerzonymi oczami, patrząc bezradnie, jak Yui wybiega w amoku. Zrozumiała, że to nic nie da, zrozumiała, że to nie ludzie. Rzuciła jeszcze w moją stronę, żebym uciekała. Jednak ja stałam. Nic nie zrobiłam. Bo wiedziałam wcześniej. Bo nie mogłam.
            — Jej maniery są doprawdy żałosne. — Dotarł do mnie głos Reiji'ego, który siedział obecnie na fotelu z założonymi rękoma.
            Ayato, Kanato i Laito teleportowali się pewnie za biedną dziewczyną, która tylko zaprosiła ich do rozrywki. Subaru zniknął po chwili. Został Shu oraz Reiji.
            — Dziewczyno — zwrócił się do mnie, na co się wzdrygnęłam, wbijając wzrok w podłogę. Łzy kuły mnie w kącikach oczu. — Z kolei ty... Masz wybór. Albo zostajesz, albo... giniesz. — Jego poważny głos, z dozą groźby, przeszył mnie na wskroś.
            Samotna łza spłynęła mi po policzku, a za nią następne. W oddali usłyszałam krzyk Yui, który przedarł grzmot.
            Następna. Następna.
            Następna...
            ........................
            6048 słów
            a/n: noo, trochę tego jest, ale mam nadzieję, że przebrnęliście! Ps Ta dziewczyna u góry, to Luna.

Następny rozdział

10 komentarzy:

  1. Drugi blok na poziomie o DL który czytam a szukam baaaardzo dużo , i przyznam całkiem okej ^^ Pisz dalej na pewno zdobędziesz więcej czytelników ^

    OdpowiedzUsuń
  2. Super :D Czekam na next i liczę, że w kolejnych będzie troszeczkę więcej akcji :D
    Pozdrawiam i życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. *-* to pierwszy blog o tematyce diabolik lovers jaki znajduje i przyznaje, że jestem zachwycona. Już samym prologiem zdobyłaś moje serce. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Pozdrawiam i życzę weny:*
    (zapraszam również do siebie slodki-flirt-romanticfanfiction.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę kolejnego fana , po za tym polecam bloga równiez o tematyce DL ale raczej znany http://historiepisanepiorem.blogspot.com/ **

      Usuń
  4. Naprawdę świetne! Strasznie długie, ale świetne :3
    Chciałam Cię zaprosić do siebie :3
    https://toth3end.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. No cóż, niekiedy takie długie rozdziały będą się u mnie pojawiać, w szczególności, że jestem ich fanką.
      Co do Twojego bloga, prosiłam bym na przyszłość reklamowanie się w zakładce spam. Spokojnie, też tam zaglądam, czytam wszystkie komentarze i bynajmniej nic się nie gubi. Jak będę mieć czas, to oczywiście, do Ciebie zajrzę. ^^

      Usuń
    2. Rozumiem, ale w sumie nie liczy się długość a treść! :3
      Szczerze powiedziawszy to nawet tego nie zauważyłam T.T
      Dziękuję <3

      Usuń
    3. Dobre słowa. Liczy się treść.
      Nie szkodzi. Zdarza się najlepszym. ^^

      Usuń

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy