No hej, Kochane Ludki~! Przed Wami rozdział z Yoi. I kto by się spodziewał, że z dziewczyną, która nosi nazwisko Komori Luna. Jednak podkreślam, że to tylko ono, charakter każdej postaci o tym imieniu, jest odmienny. Przechodząc do rzeczy, to jest fikcja. Więc wiadomo, że wszystko jest naciągane, a realia, które kręcą nasz świat nie mają znaczenia. Uparłam się także, że moja bohaterka OC, będzie świetnie potrafiła mówić po angielsku. Niestety, jestem cieniasem z języków. Więc postać mówiąca w innym języku niż japoński (który jest tu polskim), będzie miała dodane po myślniku, że mówi w danym języku. Tak jak Luna, gdy śpiewała piosenkę po angielsku w tym rozdziale. Mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi~!
Zapraszam do czytania~!
Oryginalny, wymyślony przeze mnie tytuł do tego fanfiction to: Luna!!! on Ice. Tak wiem, oryginalność level hard.
Gdy czas goni.
Gdy jest nam on potrzebny.
Gdy nie możemy go zatrzymać.
Czas zaczynać...
Włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam muzykę. Telefon odłożyłam na drugi koniec biurka. Tak, żeby mnie nie rozpraszał swoją obecnością. Wykonałam parę ćwiczeń rozluźniających mięśnie. Następnie spojrzałam na stertę opasłych książek po mojej lewej stronie. Wzdrygnęłam się i głośno przełknęłam ślinę. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, dalej wgapiając się na pożeracz czasu.
Po dłuższej chwili zastanawiania się nad sensem swojego istnienia oraz monotonii życia, wreszcie skierowałam dłoń w kierunku pierwszej książki na stercie. Unosiła się niemal pod sam plakat mojego ulubionego anime. Natomiast on, zawieszony był bardzo blisko sufitu.
Na pierwszy ogień idzie... To co najlepsze!
– Bynajmniej nie zasnę na samym początku... – burknęłam powątpiewająco.
Książka pod tytułem: „Literatura współczesna”.
Umieściłam ją na przeciw siebie, układając ręce po bokach owego prostokąta. Wzięłam trzy głębsze wdechy i otworzyłam stronę, od której zaczynała się jakakolwiek wartościowa treść. Zaczęłam czytać.
„Rozdział pierwszy. Współczesność jako epoka literacka. W 1938 roku, inaczej kształtować się będz--”
– To jakiś pieprzony żart?! Ma się rozumieć! – wrzasnęłam oburzona i szybko zatrzasnęłam książkę.
„Literatura współczesna”. Pisze wielkimi, drukowanymi literami, na środku książki. Nie jakieś stare czasy. Współczesność. 2016 rok.
Zirytowana cmoknęłam, zorientowawszy się, że literacka współczesność była pojęciem względnym. Dla każdego był on innym punktem rozpoczęcia. Nie mając żadnej ciekawszej książki w stercie do przeczytania, zmuszona byłam otworzyć ją ponownie.
Co się odwlecze, to nie ucieknie. Czy jakoś tak.
Po szóstej stronie, ręka którą podpierałam swą głowę - zaczynała się uginać. Dziesiąta strona, powieki kleiły się do siebie. Dwunasta – twarz spotkała się z książką.
– Chyba kolejna strona, zamknięcie powiek, wykonano – wysyczałam zirytowana, marszcząc przy tym brwi.
Frustracja, która narosła mi w tym momencie, nie znała granic. Czas dalej płynął. Śmiejąc się i wybijając bezsumiennie kolejne sekundy, które przemieniały się w minuty. Te natomiast zmieniały się w godziny, żeby przybliżyć mnie do nieuniknionych testów.
– ... Potrzebuję gangstera, który będzie kochał mnie bardziej od wszystkich... * – zanuciłam po angielsku, w rytm ze słowami piosenki, która leciała obecnie przez słuchawki.
Wymyślone chyba zostały przez Bogów, specjalnie dla mej cierpiącej duszy.
– ... do tego będzie umieć gotować. Oczywiście mnie zadowalać, zawsze. Hm... Musi być także przystojny i mieć super, ekstra charakter. Ach! I jeszcze będzie cały czas przy mnie, i... –wymieniłam na głos cechy mojego wymarzonego mężczyzny.
Zaczęłam się ślinić, na myśl jakie potrawy by mi przyrządzał. Wtem, jak coraz bardziej zanurzałam się w nieziszczonych, wymyślnych marzeniach i ślina coraz bardziej leciała mi na książkę – gwałtownie uniosłam głowę.
Która godzina?! Która godzina?! Która?! Która?!
Sięgnęłam pośpiesznie po telefon, uderzając się przy okazji w blat biurka – na co wykrzyknęłam serię przekleństw. Włączyłam tylko wyświetlacz i z powrotem odłożyłam urządzenie, żeby rozmasować bolące miejsce na całym wierzchu dłoni. Gdy ból opornie ustąpił, spojrzałam na godzinę.
21:43. Świetnie. Nie wyrobię się.
Odepchnęłam telefon na bok i z powrotem wzięłam się za czytanie. Po trzydziestej stronie, stwierdziłam jednak, że jedna słabsza ocena z japońskiego mnie nie zbawi przy obecnych wynikach z owego przedmiotu. Więc wzięłam się za to, z czym zawsze miałam problemy. Z fizyką, czyli z obliczeniami. Chwyciłam opasły podręcznik z wiedzą dodatkową, która była mi potrzebna na fikuśne i spontaniczne odpytywania pani od fizyki. Jednak jak poparzona odrzuciłam go na bok, gdy tylko moja ręka dotknęła pierwszych stron książki.
Może wezmę się jednak za geografię? Mimo wszystko jest lepsza, a też przydałoby się pouczyć, bo orłem z niej także nie jestem.
W zastanowieniu, podrapałam podbródek. Po chwili – wyczuwając dobry rytm piosenki – zaczęłam się kołysać na boki. W głowie stworzona bowiem była już, choreografia taneczna. Za nią pojawiła się następna, razem z nieokiełznaną chęcią zatańczenia w tym momencie. Jednakże, gdy zmieniła się muzyka, szybko wróciła mi trzeźwość umysłu.
Szarpnęłam zdenerwowana za kable słuchawek i odrzuciłam je na bok. Ułożyły się niechlujnie, zaraz koło telefonu z niebieskim etui, które swoją drogą było w urocze główki piesków.
Z kolei zawsze chciałam mieć jednego... Czy ja zawsze muszę myśleć o wszystkim, gdy się uczę – tylko nie o temacie związanym z nauką? Jasna cholera! Jak nie zepnę dupska i się nie nauczę chociażby z fizyki, nie zjem przez miesiąc potrawki wieprzowej! Tej dobrej, od naszego kucharza. Jedyne mięso, które mi smakuje. Cała miska dla mnie... O nie! Już się uczę!
Po wewnętrznym monologu, otworzyłam podręcznik od fizyki. Skupiłam się maksymalnie na znajdującej się treści. Niezrozumiałej, którą próbowałam zrozumieć. Paradoks...
❄❄❄
Czyli mi się przysnęło... Wiedziałam.
Zamrugałam kilkakrotnie i zmrużyłam oczy. Zastanawiało mnie bowiem, od kiedy tak jasne i dobre światło rzucane było na moje biurko. Do tego lampka świeciła tak jakoś dziwnie.
Mam tylko jedno okno, dość małe i znajdujące się nad łóżkiem. Coś jest tu nie tak...
Spojrzałam w kierunku szkła, które dzieliło mnie od świata zewnętrznego i od razu powaliła mnie jasność światła stamtąd dochodząca. Nagle dotarło do mojego mózgu, co się właśnie wydarzyło. Rozszerzyłam ze zdziwienia oczy. Gwałtownie sięgnęłam po telefon, który jakimś cudem był odpięty od słuchawek i włączyłam wyświetlacz. Na ekranie blokady – z tapetą potrawki wieprzowej i masą powiadomień z Instagrama – widniała godzina siódma oraz trzydzieści pięć minut. Uśmiechnęłam się promiennie.
Pięć minut temu. Dokładnie pięć. Powinnam być już w drodze do szkoły, a raczej przystanku autobusowego. Właśnie. Powinnam.
Zerwałam się na równe nogi i włożyłam telefon do tylnej kieszeni krótkich, czarnych spodenek. Zgarnęłam torbę – nie wpakowując książek do środka – wiedząc, że Yrd miał je zawsze. Paroma susłami, wybiegłam z pokoju. Przedtem mało nie zabijając się o rozsuwane drzwi. Bowiem przyzwyczaiłam się do tych normalnie otwieranych w szkole i innych miejscach poza obrębem tradycyjnego domu z restauracją mojej babci.
Gdy już prawie byłam przy drzwiach prowadzących do tejże restauracji połączonej z domem – uświadomiłam sobie, że miałam gołe stopy. Spowodowane było to sporadycznym spojrzeniem w dół. Nerwowo zawróciłam. Wziąwszy obuwie – minęłam drzwi oddzielające mieszkanie od miejsca publicznego.
Od samego rana było już gwarnie. O to interes mojej babci. Kroczyłam nerwowo w kierunku wyjścia na zewnątrz. Po drodze mało nie taranując różnych ludzi, którzy właśnie w tym momencie postanowili wstać od stołu. Wściekła na siebie, mało nie wygryzłam sobie dziury w środku policzka, który już dawno obficie krwawił.
– Młoda damo. To dzisiaj masz wolne od szkoły? Możesz mi pomóc? – Ciepły, nazbyt znajomy głos, gwałtownie kazał mi się zatrzymać.
– Nie, Babciu. Mam dzisiaj szkołę. Tylko zaspałam – wytłumaczyłam siwej staruszce, naprędce. – Wybacz, ale się spieszę. – Kiwnięciem głowy wskazałam na wyjście.
– Rozumiem. Tylko nie zrób sobie krzywdy. Masz jedzenie? Czemu twoje włosy wyglądają jak gniazdo? Kiedy wróc-- – wymieniała po kolei różne głupie pytania jak z karabinu maszynowego, ale dłużej już nie słuchałam, bo wyszłam z pomieszczenia, które pachniało tak dobrze jedzeniem. Gdy tylko gorące powietrze, jak na tę porę, buchnęło mi w twarz – rzuciłam się w bieg.
Kwiecień wkroczył pełną parą. Jak ja nienawidzę poniedziałków. Czemu już mi tak gorąco? Czy jak już dobiegnę, będę mieć plamy potu pod pachami? Czy na pewno zdążę? Która jest już godzina? A jak nie będzie dzisiaj Yrd? Co jeśli nie zaliczę tych testów odpowiednio dobrze? Przecież się nie uczyłam dostatecznie długo! Może lepiej zawrócić? Bynajmniej wiem po kim odziedziczyłam zadawanie tych różnych, głupich pytań. Ach... Gdybym miała jeszcze taką smykałkę jak Babcia, do interesu i do matematyki. To było by cudowne. No ale, nie można być idealnym.
Uśmiechnęłam się słabo, dalej biegnąc wprost na przystanek autobusowy, który był oddalony od domu dwadzieścia minut spokojnego biegu.
Ach, że też nie dostałam się do wyższego liceum w centrum? Ta pieprzona przysługa... No w sumie też nie miałam pieniędzy, ale to także nie do końca prawda. Z jednej strony to dobrze, bo nie lubiłam moje klasy z liceum niższego, a właśnie tam uczęszczałam. Czemu do cholery myślę tak zawile?!
– Pierdolę fizykę i matematykę! Psują mi życie! – wykrzyknęłam w pustą przestrzeń.
– Wyt-wytwory... Szatana! – wydyszałam, pomiędzy ciężkimi oddechami.
Jak dobrze, że mam dobrą kondycję i lubię sport...
______________________________________________________________
* kawałek tekstu piosenki Kehlani - Gangsta
Magiczny program wyliczył mi 1323 słowa~! Chyba razem z myślnikami, więc może być to mylna liczba. Ale kto niby lubi liczby...? ^^
PS Spóźnione podziękowania za 10 tysięcy wyświetleń i dużo komentarzy. Jesteście kochani <3

To jest czadowe!Luna wymiata xD Pieprzyć matmę i fizykę~jakbym siebie słyszała xD
OdpowiedzUsuńWeny życzę^^
Dziękuję, cieszy mnie, że się podoba *^* Wena też się przyda, bo gdzieś uciekła :P
UsuńW sumie to ja matematykę znosiłam dobrze, jak chodziłam do szkoły, bo miałam fajną nauczycielkę. Prawie na luzie wychodziło mi 4. Problem był raczej w tym, że nie chciało mi się liczyć. Zawsze mi powtarzała, że gdybym sobie ćwiczyła w domu i bardziej przykładała wagę do obliczeń, to byłam bym o wiele lepsza. Ta baba czytała ze mnie jak z otwartej księgi, przerażające...
Co do fizyki... zasypiałam na lekcji, ale 4, 5 zawsze było XD Ale kto lubi liczby? Więc to słaby punkt Luny, w końcu jakieś musi mieć ^^' (Będzie miała ich jeszcze więcej, muahahahaha!)
Hmmm jak dla mnie trochę przysługi jak na pierwszy post wprowadzajacy w historię. Ale klimat ciekawy, chyba zostanę na dłużej.
OdpowiedzUsuńTak sądzisz? Dopiero się uczę i z tą długością zawsze miałam problem. Wezmę to pod uwagę. Postaram się pisać krótsze rozdziały, tak 1000-1200 słów, żeby też tego nie ciągnąć w nieskończoność. Dziękuję za komentarz i dobrą uwagę.
Usuń