wtorek, 14 marca 2017

Yuri!!! on Ice - Rozdział 2

Ważne! Na potrzeby tego ff, wymyśliłam, że w szkole Luny, będzie panował system europejskich szkół, oprócz oceniania, podziału na semestry, zajęć i innych takich. W tym rozdziale jest to w skrócie opisane. (wiem, że to niemożliwe w rzeczywistości)
Zapraszam.

Gdy braknie ci miejsca.
Gdy jest go tak wiele.
Gdy nie ma go dla ciebie.




Życie pełne przepychanki.



               Z rozpędu wskoczyłam w zamykające się drzwi autobusu, ledwo mieszcząc się pomiędzy nimi. Zasapana, zgięłam się w pół i położyłam ręce na kolanach. Łapczywie pochłaniałam każdy oddech, gdy pojazd ruszył do przodu. Płuca piekły niemiłosiernie, a pot skapywał po skroniach. Otarłam zewnętrzną stroną dłoni czoło i spojrzałam w bok, czując na sobie czyjś wzrok.
               – I co się tak gapisz, gówniarzu? Nigdy nie widziałeś spoconej dziewczyny? Hę?! – warknęłam w stronę małego chłopca, który lizał dużego, okrągłego lizaka oraz wcale nie przejmował się moją uwagą.
               Siedział przy kobiecie, najprawdopodobniej była to jego matka, która głośno z kimś rozmawiała przez telefon i cały czas – od kąt znalazłam się w tym autobusie – gapił się na mnie. Irytująco przy tym mlaskając. Cmoknęłam zdenerwowana, a następnie się wyprostowałam, żeby zobaczyć; czy nie ma żadnego, wolnego miejsca.
               No tak. Poranny autobus. Jedyny z Kiusiu, do centrum i szkoły w Hasetsu. Czego można było się spodziewać?
               Westchnęłam głośno i chwyciłam się metalowej rury przy drzwiach pojazdu. Nagle głośny huk wydobył się z głośniku, trzymanego przez jakiegoś nastolatka w dresach. Wtem rozniósł się w całym autobusie. Rozpoczęło się najpierw od przeraźliwego, gardłowego wrzasku, a następnie wkroczyły także ciężkie dźwięki strun elektrycznej gitary.
               Perkusja. Druga gitara. Kolejny wrzask nieprzypominający śpiewu. Inne instrumenty. Masa, różnych słów, których nie da się odróżnić. Kurwica załatwiona na samym wstępnie i to ciapanie tego bachora.
               – ... No wiesz co? Jak niby mam oddać tę bieliznę? I co z tego, że mi się wrzyna! Bynajmniej nie mam okresu cały miesiąc jak ty. No wiem. Tak, tak. Eh? Naprawdę? ... – wykrzykiwała kobieta do telefonu. Coraz to nowsze i głośniejsze informacje, których nie miałam zamiaru słuchać.
               – Kurwa mać... – burknęłam pod nosem.
               Z irytacją wyjęłam telefon i spojrzałam na rozjaśniony wyświetlacz. Godzina ósma i dwie minuty. Mnóstwo powiadomień z Instagrama, których nie mam odwagi na razie przejrzeć. Do tego ta smakowicie wyglądająca potrawka wieprzowa.
               Westchnęłam, ale bardzo szybko tego pożałowałam. Ohydny odór ze zdwojoną siłą, doleciał do mnie z prawej strony. Dochodził on od jakiegoś podpitego mężczyzny, ubranego dosyć w dziwne ubrania. Ledwo utrzymywał się na nogach, aż w końcu z głuchym hukiem upadł. Jego głowa znajdowała się dokładnie koło moich stóp, a różne rzeczy z siatki, którą trzymał, poturlały się po całym autobusie. Przyłożyłam sobie wolną dłoń do nosa.
               No świetnie... Gdzie są moje słuchawki?
               Otworzyłam czarną torbę w czaszki i przeszukałam ją. Pełno okruszków, śmieci, pogiętych kartek i zeszytów. Natomiast nigdzie nie było widać słuchawek. Ze zdenerwowaniem, ponownie przerzuciłam wszystkie rzeczy. Niemal nie wsadziłam głowy do środka. Jednakże po zbawiennych kabelkach, nie było śladu. Fuknęłam oburzona i opuściłam torbę, żeby ułożyła się przy moim udzie.
               No to będę musiała jakoś przeżyć. Jeszcze jakieś niecałe dwadzieścia minut i uwolnię się od tej speluny.
               W ciągu kilkunastu następnych minut, autobus był tak przepełniony, że aż pękał w szwach. Panujący tu przepych, gwar i duchota, spotkał mnie z taką siłą pierwszy raz w życiu. Do tego wszechogarniający smród z pod nóg – gdzie leżał ten pijaczyna – przyprawiał o niemałe mdłości. Jakby kazał mi zemdleć dla dobra organizmu.
               Kolejny przystanek, będzie twoim przystankiem Luna. Dasz radę. Dasz. Chyba...
               Gdy uwierzyłam, że gorzej już być nie mogło, autobus się zatrzymał. Pełna szczęścia, odczepiłam się od mojego dotychczasowego towarzysza. "Pana Metalowej Rury", bo tak go nazwałam. Z determinacją przepychałam się między stojącymi ludźmi. Byłam prawie u wyjścia, gdy akurat do wnętrza pojazdu weszła staruszka. Wszystko było by w jak najlepszym porządku, gdyby nie to, że zostałam bardzo mocno odepchnięta na bok. Mało nie upadłam na podłogę i do tego dostałam jeszcze ochrzan na temat tego, jak traktuje się starszych ludzi.
               Wysłuchałam krzyku starej zrzędy z kamiennym wyrazem twarzy. Jednak zauważywszy, że drzwi powoli się zamykają, a autobus rusza – po prostu wstałam i przepchnęłam obok niej. Nogą zablokowałam wąską szczelinę. Ta natomiast automatycznie się rozszerzyła. Korzystając z okazji, że baba była zszokowana, wyskoczyłam z powoli jadącego autobusu. Na pożegnanie usłyszałam jeszcze serię wyzwisk w moim imieniu.
               Z niedowierzaniem pokręciłam głową i rzuciłam się w bieg. Ciesząc się, że przyjemny wiatr wieje mi prosto w twarz, ochładzając nieśpiesznie także całe ciało.

❄❄❄

               Wpadłam jak burza do szkoły. Rozejrzałam się nerwowo na boki i jak najprędzej podtrzymałam ściany, żeby nie upaść z wycieńczenia. W pół zgięta, próbowałam wyrównać rozszalały oddech. Przechodzący uczniowie rzucili na mnie tylko okiem, a następnie dalej szli swoimi drogami.
               Chyba za dużo potrawki wieprzowej... Zaraz umrę. Nie mogę złapać oddechu!
               Gdy już miałam zamiar umierać i przywitać się z podłogą, zadzwonił dzwonek. Masa ludzi zawrzała jak szarańcza, żeby w totalnym chaosie dostać się do wyznaczonych klas.
               Jak ja kocham moją szkołę. Typowa, jak z Europy. Tylko mamy program nauczania i podział na semestry podobny do pozostałych szkół w Japonii. Są tego plusy i minusy. Jeden mam właśnie przed sobą. Mam lekcje na piętrze, a nie w sali naszej klasy.
               Ponownie zmusiłam się do biegu, przedtem mało nie potykając się o własne nogi. Zaczęłam się przedzierać przez chmarę ludzi, którzy z kolei też próbowali dotrzeć do swoich klas. Jednak brnęłam tak silnie, jak potrafiłam. Ujrzawszy schody na horyzoncie, wiedziałam, że jestem już blisko.
               Tylko parę kroków, kilkanaście stopni, pięć susłów, drzwi i jestem. Wiem, bo nie raz testowałam, a szkoła dopiero się zaczyna. Ach, niedobra ja.
               Uśmiechnęłam się na moje głupie myśli i pewnie chwyciłam klamkę. Od razu poczułam na sobie spojrzenia innych. Jeden szczególnie wwiercał się w moją osobę.
­­               – Spójrzmy. Kogo my tu mamy? – powiedziała z ironią nauczycielka.
               Dobrze wie kim jestem. Może i nie jest tak jędzowata jak ta wiedźma od fizyki, no ale... Też jej nie lubię. Akurat dzisiaj musiałam mieć biologię, jako pierwszą lekcję.
­­               – Spóźnienie, Komori. Siadaj na miejsce – oznajmiła ozięble i skierowała swój wzrok na monitor komputera.
               Spojrzałam w pośpiechu na zegar. Wskazywał dokładnie cztery minuty po dzwonku, który był o w pół do dziewiątej. 8:34.
               – Zgłaszam sprzeciw, sensei*! Nie minęło nawet pięć minut, więc nie jestem spóźniona – rzekłam z pewnością w głosie.
               Powoli skierowała swój wzrok w moją stronę, dalej trzymając rękę na myszce. Spojrzała na mnie z nad oprawek okularów i zatrzepotała długimi rzęsami. Kropla potu spłynęła mi po skroni. Uśmiechnęła się mrużąc oczy. Natomiast mi, wyrwał się z pod kontroli krótki, nerwowy śmiech.
               – Jest już sześć minut po w pół do dziewiątej. A więc spóźnienie, młoda damo. Siadaj – odpowiedziała po długiej chwili napięcia i zapisała coś w komputerze, nucąc zadowolona pod nosem.
               Kurwa. Dałam się zwieść. Wpisała mi spóźnienie, na sto procent! Przebiegła małpa, trzeba będzie na nią uważać.
               Usłyszałam parsknięcie Kastiela, gdy koło niego przechodziłam. Obrzuciłam go gniewnym spojrzeniem, a ten uniósł ręce w obronnym geście.
               – To się doigrałeś, chłopczyku – mruknęłam i usiadłam koło Yrd, który patrzył na mnie z troską.
               Natychmiast, gdy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, poczułam narastające ciepło na policzkach oraz przyjemny dreszcz na całym ciele.
               – Hej, Luna. Coś się stało? – zapytał ciepłym głosem.
               Pośpiesznie wyciągnęłam zeszyt z torby i nie patrząc na jego uroczą twarz, burknęłam zawstydzona:
               – Zaspałam...
               – Ach, to dlatego masz siano na głowie.
               – Dzięki za szczerość, Yrd.
               Wydęłam wargi, udając obrażoną, a on parsknął śmiechem i pogłaskał mnie po włosach. Mało nie wyskoczyłam z siedzenia, gdy jego dłoń dotknęła mojej głowy. Przeszedł po mnie dwa razy silniejszy dreszcz, niż ten, kiedy patrzyłam mu w te piękne, granatowe, duże oczy.
               – Coś się stało, że tak odskoczyłaś? – zapytał z odrobiną smutku w głosie.
               Ośmieliłam się na niego spojrzeć, ale jak zobaczyłam jego naprawdę zmartwioną minę i zaciśniętą dłoń, którą przed chwilą mnie dotknął, szybko pokręciłam głową.
               – No, no, no**! Nic mi nie jest! – krzyknęłam, za co dostałam od razu uwagę słowną nauczycielki.
               – Ciii, głupiutka~ Już dobrze – uśmiechnął się promiennie i pokazał mi kciuka w górę.
               Szybko się odwróciłam. Przysunęłam siebie oraz krzesło bliżej ławki. Nie wiedząc; co zrobić z dłońmi. Poprawiłam powierzchownie włosy, następnie położyłam je na udach. Jednak zmieniłam zdanie i ułożyłam ręce koło zeszytu, na stoliku szkolnym. Serce waliło mi tak mocno, że ciężko było mi oddychać. Do tego wzrok mi cały czas wędrował wszędzie; co bardzo mnie wkurzało. Wreszcie skupiłam go na ławce. Lecz kątem oka dostrzegłam, że czerwonowłosy otworzył usta, najwyraźniej chcąc coś powiedzieć.
               – Pożycz książkę. Nie zdążyłam spakować – mruknęłam niewyraźnie, więc na potwierdzenie słów, sięgnęłam po nią.
               Chwyciłam ją za koniec, tak jakby zaraz miała mnie zaatakować. Usłyszałam cichy chichot dobiegający od Yrd, więc ułożyłam ją jak najszybciej na środku ławki. Następnie zmrużyłam oczy i w miarę wygodnie spróbowałam się usadowić z powrotem na krześle. Jednak czując na sobie piekący wzrok niebieskich tęczówek oraz jego bliskość, było mi naprawdę ciężko znaleźć wygodne ułożenie. Do końca lekcji niespokojnie się wierciłam. Co spowodowało odpytanie mnie przez nauczycielkę. Na szczęście, dzięki podpowiedzią chłopaka, który był temu winny, dostałam w miarę dobrą ocenę. Jaką było trzy z minusem.***
               Jest taki uroczy. Muszę coś zrobić z tym denerwowaniem się przy nim, bo inaczej czuję, że oszaleję. Co ty ze mną robisz, Yrd?

______________________________________________________________
* (bardzo ogólnie) nauczyciel
** miało oznaczać słynne "Nie, nie, nie!" - po angielsku
*** czy ktoś mi powie: w Japonii są oceny w skali od 1 do 5 (czy tam 6), czy może od A do F lub wcale ich nie ma. Bo ja nie mogę się doszukać. Byłam bym niezmiernie wdzięczna.

Wspominałam, że to ff będzie mieć rozbudowaną fabułę, czyli będzie długie? Jeśli nie, to wspominam. Nic na to nie poradzę, że uwielbiam rozbudowane relacje bohaterów.

(1467 słów ^)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy