wtorek, 11 kwietnia 2017

Yuri!!! on Ice - Rozdział 3


Gdy wspomnienia wracają.
Gdy mają zostać wymazane.
Gdy sprawiają cierpienie.


Smak gorzkich wspomnień.



               Co chwilę zerkałam niespokojnie na wyświetlacz telefonu. Leżał na środku ławki. Podczas gdy pan Farazowski, w ogóle nie zwracał na niego uwagi. Większość klasy, będąc na lekcji historii, zawsze siedzi z nosem w telefonie. Konsekwencją tego, były słabe wyniki, bo na tej lekcji trzeba słuchać. Nigdy nie zaliczałam się do takich osób. Uwielbiałam słuchać opowieści historycznych, jednak dzisiejszy dzień był wyjątkiem. Ostatnia lekcja, aż kusiła, żeby sprawdzać co sekundę godzinę, którą równie dobrze widać na zegarze wiszącym w sali. Jednak leniwość odczytywania; gdzie leżą podłużne wskazówki, zwyciężyła.
               W końcu, to jedyny dzień, w którym ja nie mam żadnych pozalekcyjnych obowiązków. Klubów, korepetycji, sprzątania sali i różnych innych.
               Widząc dokładnie gładką godzinę piętnastą, wstałam gwałtownie z krzesła. Nauczyciel urwał wypowiedź, formując od razu usta, do najprawdopodobniej, zwrócenia mi uwagi. Jednak przerwał mu głośny dźwięk dzwonku. Wszyscy od razu poszli w moje ślady, robiąc przy tym ogromny hałas. Zagłuszał nawet ostatnie, zbawienne dźwięki, zwiastujące przerwę. Spakowałam jak najszybciej zeszyt, długopis i telefon. Zasunęłam krzesło i popędziłam w stronę drzwi, taranując kogoś po drodze.
               Nie zwróciłam na to za bardzo uwagi, ciesząc się nadchodzącą wolnością oraz spokojem. Najwięcej szczególnie panowało go w pewnym miejscu, do którego niebawem miałam się udać.
               Jeszcze nie byłam tam ani razu, ale już wiem, że znajdę tam wewnętrzny spokój i harmonie ducha. Dlatego tak bardzo nie mogę się doczekać.
               Jednak moje marzenia szybko się rozpłynęły, gdy zostałam zatrzymana gdzieś na korytarzu. Przez zbyt dobrze znaną mi rękę. Bowiem sztuczną skórę nosił tylko jeden chłopak, którego znałam w tej szkole.
               – Gdzie się tak spieszymy? Na obiad do babuni, czy zajęcia z wiedźmą od fizyki? – zapytał z kpiną w głosie.
               Prychnęłam i wyrwałam swoje ramię z jego uścisku. Następnie obróciłam się z szerokim uśmiechem na twarzy.
               – Chłopczyku, nie za wiele sobie pozwalasz; co do mojej osoby? Powinnam dać ci wpierdol za wytrzeszczanie mordy z mojego nieszczęścia. Myślałam, że ktoś konia zarzyna na lekcji, ale przypomniało mi się, że ty też tak rżysz – odrzekłam z jadem w głosie.
               – Och, dziewczynka pokazuje pazurki. Już drżę na tę specjalnie wyszukaną mowę.
               Szturchnął mnie w ramię, a ja uniosłam brwi z politowaniem na jego zachowanie. Uśmieszek szybko zszedł mu z twarzy, gdy zobaczył, że nic więcej nie dodam.
               – Widzę, że za dużo przebywasz w otoczeniu sztywnych kijów – prychnął. – Dobra, to ja spadam. Nic tu po mnie – dodał znudzony i sobie poszedł.
               Kątem oka dostrzegłam patrzącą w moją stronę Amber i jej watahę. Zrobiłam skwaszoną minę, gdy przypomniałam sobie, że jeszcze na początku roku normalnie z nią rozmawiałam. Wydawała się naprawdę spoko osobą, z tandetnym stylem mody oraz masą tapety na twarzy. Jednak dobrze się z dziewczyną konwersowało. Dopóki nie zaczął ze mną rozmawiać Kastiel, w tedy oznajmiła, że mam się od niego odczepić. Jako, że nie lubiłam słuchać rozkazów, nie posłuchałam jej. Oficjalnie zostałam wrogiem Amber. Czarną owcą do wyżywania. Ostatecznie nie żałuję, że podjęłam taką, a nie inną decyzję.
               Stałam jeszcze chwilę zatopiona w swoich myślach i czekałam na krok Lalki Barbie, która najwidoczniej nie zorientowała się, że ją widziałam. Długo nie musiałam jednak czekać, ponieważ już po chwili słyszałam uderzające o podłogę, obcasy Amber.
               – Daruj sobie – mruknęłam ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej, rękoma. Dalej się do niej nie odwracając.
               Usłyszałam zirytowane fuknięcie oraz oddalające się od mojej osoby, kroki trzech osób. Wypuściłam głośno powietrze i przetarłam zmęczoną twarz.
               Dopiero początek, a ja już ledwo stoję na nogach. Mogę śmiało powiedzieć, że już nienawidzę mojej klasy.
               Zdeterminowana, aby wyjść jak najszybciej z tej szkoły, ponowiłam czynność, którą tak brutalnie przerwał mi chłopak o czarnych oczach. Lawirowałam pomiędzy mnóstwem osób, chodzących bez celu po korytarzu. Uśmiechnęłam się promiennie, na samą myśl, że nie jestem jedną z nich i w podskokach dotarłam do ostatniej części korytarza. Miałam już naprawdę niedługą drogę, do upragnionej wolności.
               – Luna! P-poczekaj!
               Podskoczyłam na dźwięk swojego imienia i z posłuszeństwem rasowego psa, obróciłam się w stronę głosu osoby, którą jako ostatnią chciałam widzieć dzisiejszego dnia. Mimo to, moje serce zabiło szybciej na widok czerwonej czupryny, biegnącej ze swoim właścicielem, w moją stronę.
               Zawsze się zastanawiałam, czy Yrd przefarbował włosy na czerwono, czy po prosu jest to taki wyjątkowo, ciemny odcień rudego? A może to nietypowy odcień brązowego? W końcu zawsze wyglądają inaczej, w świetle, a inaczej w cieniu. Ciekawe...
               – T-tak? Coś chciałeś? – zapytałam niespokojnie, gdy tylko przystanął koło mnie.
               – Nie! Po prostu wybiegłaś tak szybko z sali... A wydaje mi się, że wypadało by cię poinformować o mojej nieobecności w najbliższych dniach. Więc, tak – odparł z małym uśmiechem, który chyba nigdy mu nie schodził z jasnej twarzy.
               Rozszerzyłam oczy, a dotychczasowe ciepło, które skumulowało się w jego obecności, zastąpił niewyobrażalny chłód. Rozszedł się po całym moim ciele, razem z narastającym zdenerwowaniem.
               – Cz-czy coś się stało? Jesteś chory? Masz jakieś problemy!? Pomóc ci!? Jesteś chory!? Co się sta--
               – Nie, nie, nie! U-uspokój się! Nic mi nie jest. Przecież ci już mówiłem na początku roku, głupiutka – zaczął wymachiwać rękoma na wszystkie strony, żeby następnie jedna wylądowała w pociesznym geście, na moim ramieniu.
               Podskoczyłam na niespodziewany dotyk, który wypalał mi dziurę w mojej białej bluzce, a twarz rozgrzał do czerwoności. Przypominając sobie jego niedawną wypowiedź, szybko pokręciłam głową, żeby się ochłodzić.
               – Aaa... Chyba coś mówiłeś... Tak, coś tam b-było. Tak. Definitywnie – spuściłam wzrok na czubki moich butów, paląc się ze wstydu.
               – No tak. Mogłem przewidzieć, że zanudzę cię na śmierć. Bo widzisz, mówiłem w tedy o--
               – No, no, no! – pokiwałam pośpiesznie głową. – Wcale t-twoje wypowiedzi nie były nudne. To... To moja wina! Ja cię nie słuchałam!
               Zaśmiałam się nerwowo, gdy patrzył na mnie ze słodko przechyloną głową. Kosmyki włosów przykrywały mu całą, prawą część, zatroskanej twarzy.
               – E-ech... Mów dalej. Przepraszam.
               – Nie, nic się nie stało. To dobrze, że podobały ci się moje opowieści o podwodnych światach! No i w sumie, to też ci mówiłem, że lubię bardzo pływać. Więc właśnie o to chodzi, to z tego powodu – powiedział z szerokim uśmiechem.
               Zamrugałam kilka razy powiekami i zagryzłam niepewnie wargę, dalej patrząc się na niego wyczekująco. Widząc, że oboje nie bardzo rozumiemy; o co się rozchodzi. Zagaiłam rozmowę:
               – Eee... Czyli, że o co chodzi? – zapytałam głupio.
               – Ach, przepraszam! – klasnął w dłonie. – Znowu coś namieszałem. Chodzi o to, że jadę na zawody pływackie i nie będzie mnie kilka dni.
               – Aha! No pamiętam, że mówiłeś, że lubisz pływać. A-ale... O nie! Będzie mi smutno bez ciebie... – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Ponownie poczułam fale ciepła napływającą na całe ciało. Szczególnie mocno paliły mnie policzki.
               – Hej, nie smuć się... To góra dwa dni i już będę z powrotem...
               Położył mi dłoń na policzku, a potem go pogłaskał. Zaskoczona, nie odrywałam wzroku od ciemnych, granatowych tęczówek, chłopaka. Jego dłoń była ciepła, co jeszcze bardziej podgrzało mi – o dziwo – dwa policzki. Zmrużyłam oczy i przechyliłam głowę w stronę przyjemnego dotyku. Nagle przypomniało mi się, że stoimy na środku korytarza, a obok nas przechodzą różne osoby. Głośny gwar, dotarł do moich uszu i jak porażona prądem, odskoczyłam od zaskoczonego chłopaka. Zaśmiałam się na w pół nerwowo, na w pół szczerze. Bowiem przeraziła mnie niedawna scena, a rozśmieszyła obecna. Czerwonowłosy, dalej stał z wyciągniętą ręką i słodką, oszołomioną miną.
               – C-co się--
               Nie dałam mu dokończyć i krzyknęłam piskliwym głosem:
               – Zróbmy sobie zdjęcie!
               Na potwierdzenie słów, wyciągnęłam pośpiesznie telefon i zamachałam nim kilka razy.
               – Okej, super! Myślałem, że nie lubisz selfie! – oznajmił uradowany, następnie przyciągając mnie do siebie, żeby razem zmieściliśmy się w kadrze aparatu.
               Bo tak jest. Mój ryj zawsze wychodzi dziwnie, więc jestem zmuszona do nie robienia tego, żeby jeszcze bardziej się nie pogrążać.
               Wyciągnęłam drżącą rękę, jak najdalej mogłam. Starałam się także nie myśleć, że trzyma mnie w tali, a naszych policzków nie dzieli żadna granica. Po paru chwilach, nacisnęłam przycisk, który uwiecznił moją zażenowaną i jego słodką twarz, z moim głupim wyszczerzę oraz jego anielskim uśmiechem. Podałam mu telefon, żeby mógł dokładniej się przyjrzeć.
               – Łał! Ale jesteś urocza, Luna-chan~! – zanucił i podał mi urządzenie. – Wyślesz mi je na Instagram? Mój nick, to--
               – Wiem, thelittlemermaidyrd. Prawda~? – uśmiechnęłam się szczerze i podziwiałam po raz setny jego zdziwioną minę. – Masz mnie nawet w znajomych, Yrd~.
               – Hehe, no tak. P-pamiętam już. T-to cześć, do zobaczenia niedługo – mruknął, a na jego policzki wstąpił mały rumieniec.
               Po chwili słyszałam już tylko oddalające się kroki. Zamknęłam oczy i położyłam na karku, spoconą od stresu, dłoń. Wypuściłam głośno powietrze i spojrzałam niepewnie w stronę drzwi, od których dzieliło mnie naprawdę coraz mniej.
               Ech, to było naprawdę urocze. Cały Yrd, jest za bardzo słodki. Co się ze mną dzieje? Nigdy tak nie reagowałam, no może kiedyś... Ale tego wolę nie wspominać. To wcale nie jest miłe i dalej dręczy mnie nieraz w nocy. Ciekawe, czy tym razem sięgnę metalowej klamki? 
               – Luna! Poczekaj! Mam do ciebie prośbę – usłyszałam stanowczy głos przed sobą, który zdecydował za mnie, że mam zostać i się zatrzymać.
               – Co tym razem, Nataniel? – burknęłam zirytowana, widząc, iż nie mam szans na ucieczkę.
               – Świetnie. Chociaż spróbuj. Bo widzisz... Czym mniej widzę się z Kastielem, tym lepiej. A więc, poproś go, żeby podpisał to usprawiedliwienie i będziesz miała wszystko z głowy – oznajmił z nazbyt wyraźnym, cynicznym głosem.
               – I to tyle? – zapytałam zirytowana jego rozkazującym tonem.
               Tym się od siebie nie różnią, jako rodzeństwo. Oboje lubią rozkazywać i pomiatać ludźmi. Chodź oboje w swój, specyficzny sposób. Amber i Nataniel.
               – Tak, to tyle.
               – A więc, do dzieła, panie gospodarzu! – oświadczyłam z kpiną i wyminęłam jego szanowną osobę.
               Kim ja niby jestem, że mam komuś za darmo wyświadczać przysługi? Powinni oboje wyrosnąć z dziecinnej nienawiści do siebie. Nie wiem co się między nimi wydarzyło, ale bez przesady. 
               Nie zatrzymując się już więcej, podbiegłam jak najszybciej do drzwi. Gdy poczułam pod dłonią kształt oraz zimno, metalowej klamki – wiedziałam, że jeden krok dzielił mnie od świata zewnętrznego. Potem jeszcze brama, a następnie wolność i swoboda. Tym razem nie pozwoliłam nikomu mi przeszkodzić. Mimo, że zauważyłam znany, zielony sweter – nie zatrzymałam się oraz rzuciłam w bieg.
               Kolejna przydatna strona europeizacji w naszej szkole. Nie musimy mieć obowiązkowych mundurków oraz nie musimy zmieniać obuwia. Jedynie tylko na wychowanie fizyczne.
               Dotarłszy wreszcie do przystanku autobusowego, podskoczyłam kilkanaście razy w radości. Gdy wreszcie się uspokoiłam, spojrzałam na rozjaśniony wyświetlacz telefonu, a następnie na rozkład jazdy. Wynikało z tego, że zagościłam na dłużej w szkole, bo za pięć minut miał być autobus. Przeważnie natomiast, czekałam na niego z około pół godziny.
Uśmiechnęłam się pobłażliwie na paradoks zaistniałej sytuacji i rozpięłam torbę w poszukiwaniu portfela. Nagle usłyszałam głuchy dźwięk zderzającego się z betonem przedmiotu. Spojrzałam zaskoczona na smycz z jakąś prostokątną plakietką. Jednak, gdy już sięgnęłam po ów przedmiot, wiedziałam czym był.
               Grand Prix of Figure Skating Final. Katsuki Shino. 
               Cholera... że też musiał być tu ten pieprzony certyfikat. Wszystko mi przypomniał. Muszę go jak najszybciej spalić.
               Wcisnęłam smycz z certyfikatem, który otrzymałam w Rosji na finałach, do torby i zamyślona weszłam do autobusu, który zdążył nie wiadomo kiedy, przyjechać.
______________________________________________________________

Jak zauważyliście, pożyczyłam sobie nazwisko "Katsuki", do mojej postaci OC. Więc automatycznie w moim ff nie będzie bohatera Katsukiego Yuri, który występuje w Yoi. Jego rolę, tak jakby, przejmie Shino.

(1834 słowa ^)

2 komentarze:

  1. To.jest zajebiste!!! Braki mi słów! Czekam na następne rozdziały!;^;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej~! Super, że komuś się podoba, bo w końcu od początku miałam zamysł, że ten blog nie będzie tylko z ff o DL. Mam mnóstwo innych pomysłów, z innymi anime w roli głównej.

      Usuń

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy