poniedziałek, 8 maja 2017

Yuri!!! on Ice - Rozdział 4


Gdy wszystkiego się wyzbyłeś.
Gdy powraca ze zdwojoną siłą.
Gdy ożywia zapomniane.


Nieprawdopodobny przebieg wydarzeń.


Grudzień, cztery miesiące wcześniej – Kiusiu.

               Ruszyłam w stronę szatni, niepewnym krokiem. Odgłosy moich butów, odbijały się echem od ścian opustoszonego korytarzu. Spojrzałam z masą wątpliwości, w duże, szklane okna. Bojąc się, jaką pogodę za nimi zastanę. Ujrzałam biały puch, który wirował gęsto w powietrzu i wstrzymywał zapadający mrok, na jeszcze dobre kilkadziesiąt minut. Nadając otoczeniu jasnej poświaty. Kącik moich suchych ust, uniósł się leniwie do góry.
               Nigdy nie lubiłam zimy. Oprócz, wiecznie spierzchniętych warg, było strasznie zimno i ponuro. Zbliżający Nowy Rok, też nie napawał mnie optymizmem. Zawsze miało się ten rok więcej. Do tego dochodziły także moje coroczne, przygnębiające przemyślenia. Lecz to były preteksty nie do porównania, z jednym, najbardziej przykrym wspomnieniem, które zawsze wracało, gdy tylko spadł śnieg, a woda zaczęła zamarzać...
               Otworzyłam szafkę i wyciągnęłam z niej zimowe buty. Opadły z głuchym trzaskiem na podłogę. Zgięłam się, żeby wsunąć w nie stopy, wcześniej zdejmując poprzednie obuwie. Następnie wyjęłam i założyłam ciepły, czarny płaszcz oraz owinęłam się szarym szalikiem po sam czubek nosa. Tak przyszykowana, mogłam wyjść na naprawdę zimną zimę w tym roku, która swoją drogą chowała się do tej niegdyś spędzonej w Rosji.
               Idąc ośnieżonym chodnikiem do domu, śnieg trzeszczał mi pod nogami, z każdym kolejnym krokiem. Powoli czułam, jak odpadają mi uszy, razem z nosem i zmarzniętymi palcami, gołych rąk. Otuliłam mocniej głowę i potarłam kilka razy dłonie, na które od razu upadły bezkształtne płatki śniegu. Szybko je zatem schowałam z powrotem do kieszeń płaszcza, żeby jeszcze bardziej nie zamarzły.
               Szkoda tylko, że nie wzięłam rękawiczek... Łamaga.
               Po kilkunastu minutach drogi w chłodzie, rozkoszowałam się widokiem znanego mi domu. Napływająca radość oraz wyobrażenie panującego w środku ciepła, powoli ogrzewało moje ciało. Gdy tylko stanęłam na przeciwko drzwi, od których dzieliło mnie parę kroków, miałam zamiar rzucić się w bieg. Jednak, jak zaczęłam się ślizgać na zamarzniętym podłożu i ledwo utrzymałam równowagę, szybko z tego zrezygnowałam. Bojąc się bolesnego upadku na tyłek. Zaśmiałam się ze straconej kondycji, a następnie otworzyłam drzwi, do których zdążyłam dotrzeć.
               Oprócz gorącego powietrza, jakie we mnie uderzyło – razem ze smakowitym zapachem różnych potraw – zgłośnił się także gwar, który było już słychać na dworze. Uśmiechnęłam się szeroko.
               Oto restauracja mojej babci. Przepełniona nie tylko gośćmi, stałymi bywalcami, ale także miłością, optymizmem i ciepłem.
               – Oraz oczywiście interesem... – mruknęłam do siebie z przekąsem.
               Westchnęłam na przyjemne ciepło i domową atmosferę, której nie zaznałam nigdy w życiu szkolnym. Tam zawsze były tylko reguły, zadania, nauka, oceny, wytykanie palcami, wyśmiewanie. Jak nie dostosowało się do reszty klasy na samym początku, można było zapomnieć na zawsze o przyjęciu do grupy. Odrzucenie. Konsekwencją była demotywacja, co liczyło się z obniżeniem wyników w nauce. Przez własne niedowartościowanie. W zamyśleniu i ciszy, powoli się rozebrałam. Jednak, gdy przyszła pora na odwieszenie wierzchniego odzienia, zaskoczona wyrwałam się z amoku.
               Czemu weszłam od frontu? Prosto do restauracji. Teraz będę musiała przechodzić przez cały budynek. To chyba ze szczęścia, że wreszcie zobaczyłam dom. W końcu jest po dziewiętnastej! Ile można siedzieć w szkole? I tak nieraz siedzę w niej dłużej...
               Włożyłam w rękaw płaszcza, przemoczony szalik i przewiesiłam całość przez ramię. Następnie zdjęłam zabrudzone buty, żeby potem kopnąć je pod ścianę. Wywróciłam oczami – chwytając jeszcze czarną torbę. Tą samą ręką, na której wisiały ciuchy. Stłumiłam z wielkim trudem chęć wejścia do kuchni, żeby zwinąć jakieś jedzenie. Szybko zatem się rozejrzałam, szukając jak najbezpieczniejszej drogi do części mieszkalnej. Takiej, która po drodze nie będzie mnie kusiła do zmiany kierunku.
               Jednak moje oczy wypatrzyły tak zaskakujący widok, że wszystko spadło mi na podłogę. Jęknęłam zaskoczona i rozdziawiłam usta. Ręce natomiast, bezwiednie ułożyły się po bokach mojego ciała.
               – Od kiedy... Co ty--
               – Odkąd tylko weszłaś. Ładnie to tak traktować buty od babci, hę? – uśmiechnął się z kpiną i przechylił głowę na bok, tak że jego grzywka zakryła mu jedno oko.
               – Shino! – krzyknęłam z całej siły, nie myśląc długo, rzuciłam mu się w ramiona. Owinęłam ręce z całej siły w okół jego tali i wtuliłam się w umięśnioną klatkę piersiową chłopaka.
               – Oi! Wiedźmo, precz ode mnie! – warknął oburzony, nawet nie odwzajemniając mojego uścisku.
               Oto cały Shino! Eh... Czekaj. Jak to, Shino?!
               – Co ty tutaj robisz?! – odsunęłam się od niego na odległość wyprostowanych rąk, które zacisnęłam na jego przedramieniu. – Nie masz za niedługo finałów w Rosji?!
               – No gdybyś zechciała mnie wysłuchać! A nie rzucasz się na mnie jak niewyżyty szajbus, babo! – uniósł się i strzepnął moje ręce.
               – No, słucham. Słucham panie Katsuki. Co pan kombinuje tym razem? – udałam obrażoną, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
               – Upierdliwa kobieta... Jesteście siebie warci z Chrisem.
               – Zazdrosny? – burknęłam, unosząc jedną brew do góry.
               – Ha?! Niby o co?! Że jesteście oboje durnymi głąbami? W życiu! – oburzył się i zacisnął pięść. – Dokańczając... Mam kontuzję nogi, więc nie mogę brać udziału w finałach łyżwiarstwa figurowego.
               Zamilkłam, wytrzeszczając oczy w szoku. Ręce z powrotem opadły mi po bokach ciała.
               – Co... Czekaj. CO?! To coś poważnego?! – pisnęłam spanikowana.
               – Nie. Mała kontuzja prawej kostki, ale to naprawdę nic wielkiego – powiedział spokojnie.
               Uniosłam zaskoczona brwi, na jego nazbyt spokojny ton głosu, i zlustrowałam go od góry do dołu kilka razy. Podrapałam podbródek w zamyśleniu.
               Czy mi się wydaje... Czy on coś kombinuje? To jest nazbyt podejrzane...
               – I co teraz zrobisz? – zapytałam z niewyobrażalną ciekawością.
               – Bo ja wiem? Nic – wzruszył ramionami i dziwnie na mnie spojrzał.
               – To po coś tu przylazł, Shino? – przekrzywiłam lekko głowę w bok, nie rozumiejąc do czego zmierza.
               Westchnął i wziął kilka głębszych wdechów. Potem ponownie na mnie spojrzał tym przedziwnym spojrzeniem. Takim niepodobnym do wiecznie obojętnego Shino. Pełnym sprzecznych emocji wzrokiem. Podrapałam się niezręcznie po karku, nie wiedząc; co dalej mam poczynić. Staliśmy jeszcze chwilę w niezręcznej ciszy, omijając swoje spojrzenia, gdy rozległo się chrząknięcie, a następnie zirytowane cmoknięcie.
               – No ja nie wieżę! To trudniejsze niż mi się wydawało! – stwierdził, przykładając sobie palce do skroni.
               – Co? Wyduś to wreszcie z siebie! Jesteś mężczyzną, czy nie?! Masz dziewiętnaście lat, facet! – wykpiłam jego osobę, żeby szybciej go zmobilizować do wyduszenia z siebie trzymanej treści.
               – Kiedyś zginiesz! Naprawdę, niepotrzebnie się martwiłem. Co mnie to obchodzi, jak zareagujesz! – wrzasnął, zaciskając mocno szczękę. Cofnęłam się o krok, na wypadek, gdyby chciał w coś przywalić i kiwnęłam ponaglająco głową. – Ech... Stwierdziłem, że zatańczysz za mnie. Jako ja...
               Spojrzałam na niego jak na szaleńca, pochyliłam lekko głowę i wytrzeszczyłam oczy, gdy nie zauważyłam w jego twarzy ani trochę żartu. Bowiem gościła tam tylko całkowita powaga. Wybuchłam niepohamowanym śmiechem, łapiąc się za brzuch.
               – Ż-ża... HAHAHA! Żartujesz, p-prawda? HAHAHA! – wykrztusiłam pomiędzy spazmami śmiechu, a następnie otarłam nagromadzone łzy z kącików oczu. Zadarłam głowę do góry, żeby spojrzeć mu w tęczówki. Kamienna twarz nie zmieniła się ani trochę. – A-ale... Ty tak na serio? – zapytałam, czując, jak z każdą chwilą narasta we mnie strach i chęć ucieczki.
               Jak on śmie? Przecież wie... Wie, jak bardzo nienawidzę jeździć na łyżwach, do cholery!
               – Na serio – odparł.
               – Jakbyś nie zauważył, nie jestem facetem – rzekłam z ironią, ale ledwo co powstrzymałam drżenie głosu.
               – Ugh. To nie problem, zrobimy z ciebie mężczyznę, razem z moją znajomą. Umówiłem już nas. Myślę, że to nie żaden problem dla ciebie. To tylko raz, w końcu.
               Prychnęłam i przyłożyłam sobie rękę do czoła, z niedowierzaniem na komizm zaistniałej sytuacji. Wzięłam kilka cięższych wdechów, ponownie unosząc na niego wzrok.
               – Kpisz sobie ze mnie? Dobrze wiesz co wydarzyło się prawie sześć lat temu? Zdajesz sobie sprawę, że rozrywasz moje rany na nowo?! Zdajesz?! Odpowiedz! Już! – nie wytrzymawszy, wpadłam w furię, opluwając go przy okazji przypadkiem.
               – Podołasz. Jak w końcu sama wspomniałaś o tym, że wiem... To przypominając, masz co do mojej osoby dług. Przysługę – wytknął mi.
               Bolesna prawda. Kurewska, bolesna prawda! Dlaczego?
               – A-ale... No wiem! Ale czemu akurat taki rodzaj przysługi? Czemu? Zrobię cokolwiek innego. Czemu ci tak na tym zależy? Czemu zależy ci na pieprzonych łyżwach?! Wiele razy już rezygnowałeś, z wielu sportów i... i... Nie przejmowałeś się! Zawsze powtarzałeś, że chcesz spróbować każdego sportu po trochu. Widocznie nadszedł ten moment – podważałam jego życzenie wieloma argumentami, do momentu aż po moim policzkach nie zaczęła spływać słona ciecz, którą poczułam aż w kącikach ust.
               Westchnął i pogłaskał mnie szorstko po głowie.
               – To jest cokolwiek innego... Doszedłem tak daleko w tym sporcie, sam nie wiem dlaczego... i nie chciałbym tego zmarnować. Wrócę po finałach z powrotem na lód, więc proszę – niemal wyszeptał w moje włosy. Jego gorący oddech, drażnił moją lewą skroń. – Proszę...
               Pociągnęłam nosem, odepchnęłam go od siebie delikatnie i otarłszy łzy, spojrzałam na niego wzrokiem przepełnionym wątpliwościami.
               – A jak nie dam rady? Miałam tak długą przerwę...
               – Masz całkowity talent! Szybko wrócisz do normy – zaprotestował prędko. – Poza tym, tańczysz na parkiecie, robiąc jeszcze trudniejsze wygibasy niż ja na lodzie. Lepiej utrzymując równowagę niż ja.
               – Skoro tak mówisz... No niech będzie, przekonałeś mnie – odparłam, dalej mając masę wątpliwości.
               Klasnął w dłonie, na co podskoczyłam przestraszona i zmierzyłam go wrogim spojrzeniem. On natomiast zaśmiał się głośnym, szczerym śmiechem. Takim, którego jeszcze nigdy u niego nie widziałam i nie słyszałam. Poczułam, jak gorąco napływa mi na policzki, przez ten uroczy, niezwykły widok. Podrapałam niezręcznie nasadę nosa i westchnęłam.
               Naprawdę mu zależy. Więc to zrobię. W sumie, to ta przysługa nie jest nawet w połowie tak wymagająca, jaką postawiłam mu nieświadomie w tamten feralny dzień.
               – No, Luncia. Zrób to na miarę moich możliwości i będziemy kwita z naszą umową, okej? – przerwał natłok moich myśli twardym głosem, który nie znosił sprzeciwu.
               – O-okej... Ach! Zapomniałam bym! Ile zostało czasu do finałów? – zapytałam naprędce.
               Uśmiechnął się podejrzliwie szeroko i przechylił w niewinny sposób głowę; co mocno ze sobą kontrastowało. Przełknęłam zestresowana, ślinę – czekając na odpowiedź, która długo nie następowała. Usłyszałam za to, drażliwy chichot z jego strony.
               – Jakoś dwa tygodnie masz na nauczenie się mojego programu krótkiego i dowolnego. Na wyuczenie mojego charakteru, dostosowanie się do bycia chłopakiem oraz na dojazd do Soczi, na finały w Rosji – powiedział ze stoickim spokojem, mrużąc mocno oczy i uśmiechając się sztucznie.
               Co. Proszę. Czy. Ja. Dobrze. Usłyszałam. Ile. Mam. Czasu. I. Co. Muszę. Zrobić. 
               – H-hę? – jęknęłam oszołomiona natłokiem wiadomości na raz. – Żartujesz sobie teraz... Prawda? Na pewno. Ha. Ha. Ha – wymusiłam śmiech i spojrzałam na niego z powagą.
               Podszedł do mnie powoli, złapał moją prawą dłoń i chwytając ją – potrząsnął. Następnie puścił i wytarł swoją w spodnie. Nie spuszczałam z niego oszołomionego wzroku.
               – Zgoda. A teraz idziemy zjeść potrawkę wieprzową. W końcu należy nam się obojgu – oznajmił obojętnie i utykając naprawdę na prawą nogę, wszedł w głąb restauracji.
               Stałam jak wrośnięta w podłogę, z szeroko otwartą buzią i oczami. Zamrugałam kilkakrotnie. Zacisnęłam pięści, następnie szczękę. Przełknęłam głośno ślinę. Zmrużyłam ostro oczy i tupnąwszy nogą w drewniane panele, wydarłam się na całe gardło:
               – Zajebię cię, Katsuki Shino!!!
               Pobiegłam, głośno tupiąc nogami ze zdenerwowania, w ślady za nim, zostawiając moje rzeczy; tam gdzie leżały.
               Na miarę twoich możliwości? Co, Shino? Wedle życzenia, ale żebyś się później nie zdziwił wynikiem. Ja już ci pokażę, jak dobiera się poprawnie słowa do wypowiedzianych próśb i poleceń. Obyś się nie zdziwił, skurwysynie... Wsadzę ci twój zakichany ironizm, własnoręcznie w odbyt. Niech się pobrudzę, to nie będzie mieć znaczenia. W końcu najważniejsze jest słodkie zakończenie. Moje, satysfakcjonujące zakończenie i twoja szczęka opadająca do samej ziemi oraz twoja zdeptana duma... HAHAHAHA!
______________________________________________________________

No, ja wiem, że to niemożliwe, żeby się podmienili w prawdziwym życiu (bo w końcu Luna posiada dziewczęcą urodę i jest drobna), ale co tam. Podmienią się i tyle. W końcu można marzyć. 

(1901 słów ^)

4 komentarze:

  1. Shino to dupek :^

    Trztmam kciuki za podmianę iza następne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz.
      Czy ja wiem? Zobaczymy co będziesz potem sądzić o Shino. Ale do tego jeszcze sporo. Naprawdę sporo.

      Usuń
    2. Tsunderocepcja?
      I like it.

      Usuń
    3. Heh. Nic nie mówiłam (pisałam) xD

      Usuń

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy