sobota, 21 października 2017

Diabolik Lovers – Rozdział 10



I d o l


ale czy na pewno idol kochał wszystkich, którzy kochali go?
               Leżałam spokojnie na ogromnym łóżku, nie ruszając się zbytnio od dobrej godziny. Obecna pozycja wyjątkowo mi odpowiadała. Byłam odwrócona od lustra, ale także nie patrzyłam wprost na okno, a delikatny wieczorny wiatr muskał moje zbolałe ciało. Nie wychodziłam z łóżka już dwa dni i ten dzień też zamierzałam przeleżeć w spokoju. Dokładnie, spokój. Nikt nie zawracał mi głowy, myśli także zdawały odpływać daleko poza moją głowę. Było za idealnie. Jednak wszystko dobiegało kiedyś do końca. Ohydne medykamenty od Reiji'ego, szybko postawiły mnie na nogi, ale nie chciało mi się do tego przyznawać. Nie miałam zamiaru oddać tego, co było dla mnie ukojeniem. Żałowałam tylko, że nie mogę zobaczyć Yui. Wydawało mi się, iż strasznie się do niej przywiązałam i to właśnie mnie niepokoiło. Dziś to zaprzątało moją głowę. Nie było zbyt natarczywe, ale jednak wciąż było. Nie mogłam uciec od przywiązania. Nie mogłam uciec od gromadzących się uczuć.
               Po chwili namysłu, odrzuciłam na bok ciepłe okrycie i usiadłam na krawędzi łóżka. Spojrzałam kątem oka na szafkę nocną, ale nie poświęciłam jej długiej uwagi. Śmierdziała lekarstwami. Podniosłam się i z niemałym trudem, odsunęłam ciężkie zasłony. Jasny blask księżyca natychmiast wypełnił pokój oraz oświetlił moją twarz. Zaczynał powoli chudnąć. Mimowolnie moje usta ukształcił mały uśmiech. Przymknęłam oczy, rozkoszując się zimnym powietrzem, które koiło moje zmysły. Jednak szybko ponownie uniosłam powieki. Skrzywiłam się na widok tajemniczego ogrodu z białymi i czerwonymi różami. Bardzo mnie kusił. Naprawdę miałam wrażenie, że chował niejedną tajemnicę. Więc niesiona czystą ciekawością, po prostu się ubrałam i wyszłam.
               Gdy przestąpiłam próg rezydencji, poczułam dziwną ulgę i chłodny podmuch wiatru, który od razu wstrząsnął moim ciałem. Szybko zapięłam więc za dużą bluzę pod samą szyję, dziękując w duchu, że ją ubrałam. Nie tak dawno przecież się rozłożyłam, nie chciałam powtórki z rozgrywki. Mimo wszystko, te dwa dni katuszy naprawdę mi wystarczyły. Ruszyłam żwirową ścieżką, po obu stronach, której rosły krzaki białych róż. Wyglądały tak niewinnie. Za niewinnie, jak na takie miejsce. Skrzywiłam się, nie dostrzegając nic specjalnego w tym ogrodzie. Oprócz tego, że wszystko było większe, niż wydawało się przez okno.
               — Widzę, że czujesz się lepiej. — Usłyszałam mocny głos, z odrobiną sarkazmu, który absolutnie należał do Subaru.
               — Och... Tak. Ohydne okropieństwa szybko podnoszą na nogi... No w-wiesz... Pomyślałam, że się przejdę? — wydukałam, niezręcznie masując sobie kark.
               Parsknął, na co od razu uniosłam uważny wzrok na jego sylwetkę.
               — Nie musisz mi się tłumaczyć. Po prostu mi nie przeszkadzaj! Okej?! — krzyknął, zaciskając pięść i mrużąc gniewnie oczy.
               — T-tak — wyszeptałam bardziej do siebie, pośpiesznie cofając się, a następnie całkowicie odchodząc.
               Nie miałam zamiaru zostawać tam ani chwili dłużej, w szczególności, że sam podkreślił bardzo wyraźnie, że mam się stamtąd usunąć jak najszybciej. Zadrżałam na samo wspomnienie o kolejnym bólu, który był najokropniejszym w moim życiu. Potarłam odruchowo ramiona dłońmi, żeby dodać sobie ciepła. Jednak spacer nie był najlepszym pomysłem. Powinnam mocniej tłumić moją ciekawość, bo czułam, że nie raz przyjdzie mi za nią srogo zapłacić. Kątem oka dostrzegłam sylwetkę Yui, która stała nieruchomo, odwrócona do mnie plecami. Uśmiechnęłam się pod nosem i nie zastanawiając się dłużej, podeszłam pośpiesznie do dziewczyny – niemal podbiegając.
               — Um... Wszystko w porządku, Yui-chan? Wiesz... w obecnej sytuacji — zapytałam cicho, żeby jej nie wystraszyć.
               Mimo to, podskoczyła, ale widząc moją osobę, uśmiechnęła się promiennie.
               — Cześć Luna! To raczej ja powinnam o to spytać. Jak się czujesz, już lepiej? — odparła wesoło, gładząc delikatnie moje ramię.
               Uniosłam brew i uważnie przyjrzałam się bladej twarzy Yui. Wyglądała na wykończoną, co podpowiadały delikatne sińce pod oczami. Odchrząknęłam znacząco, na co dziewczyna od razu odsunęła swoją dłoń, posyłając mi przepraszające spojrzenie. Uśmiechnęłam się delikatnie.
               — Tak. Czuję się trochę lepiej. Postanowiłam pospacerować — powiedziałam, wskazując odruchowo kciukiem za siebie.
               — Ja też! Czyż to nie jest piękne miejsce? Czuję tu taki spokój... — Rozejrzała się na boki, a następnie ponownie przeniosła na mnie swoje spojrzenie. Szybko odwróciłam wzrok.
               — Mhm. Ale trochę zimno już, więc może– Może coś ciepłego u mnie w pokoju? — zaproponowałam cicho, nieśmiało spoglądając na jej twarz.
               Uśmiechnęła się, kiwając radośnie głową. Chwyciłyśmy się pod ramię i w radosnej atmosferze, wróciliśmy na powrót do mrocznej rezydencji, krwiożerczych wampirów. To już nie napawało entuzjazmem, ale musiałam porozmawiać koniecznie z Yui. Jej słaby wygląd bardzo mnie zdenerwował. Sama nie wiedziałam do końca dlaczego. Jednak do jednego byłam przekonana. Mimo, że ogród zdawał się normalny, wcale tak mogło nie być.
♠ ♠ ♠
               Byłam wrakiem. Umysłowo i fizycznie. Po wczorajszej rozmowie z Yui wszystko trafiło do mnie bardzo wyraźnie. Pojawił się tak straszliwy mętlik oraz otępienie, że bałam stawiać kolejne kroki na kruchej tafli, którą było moje życie. Uświadomiłam sobie, że nic nie wiem na temat Komori. Nie mam bladego pojęcia, jak z nią rozmawiać – ukrywała swoje zmartwienia za maską radosnej dziewczyny, która kiedyś wybawiła mnie z opresji. Teraz natomiast najzwyczajniej w świecie nie dawała sobie rady z tym wszystkim co ją – nas – spotkało. Właśnie, nas. Powinna ze mną porozmawiać, powinnyśmy się razem wspierać. Dobrze wie, że mam problemy z komunikacją, z innymi ludźmi. Ona musiała przełamać barierę, która utworzyła się między nami tak niespodziewanie, że nie dostrzegłyśmy kiedy zaczęła się budować. Ja po prostu tego zrobić nie potrafiłam. Musiała o tym wiedzieć, a mimo to, wczorajszego wieczoru, gościła między nami wymowna cisza. Tak bardzo ogłuszająca, że nie dało się jej znieść, a ja uciekłam. Stchórzyłam. Dlatego postanowiłam, że powinnyśmy podejść do rozmowy jeszcze raz. Nie ze względu na mnie czy na nią, ale na mojego brata, który cierpiał. To dla niego jeszcze nie złamałam mojego ducha walki. Chciałam go uratować, powinnam, musiałam. Cały czas o nim myślałam. Zawsze był chociaż z tyłu mojego umysłu. Zastanawiałam się, jak się czuje. Czy jest gorzej, albo lepiej? A może właśnie umiera?
               A co jeśli już umarł...?
               Prychnęłam, pociągając spory łyk kwaskowatego soku z żurawin. Nienawidziłam go, ponieważ kojarzył mi się z moją niedawną anemią. Bałam się, że ona powróci. Nie spałam dobrze, miewałam koszmary. Z odżywianiem też były spore problemy, ale najgorsze było to, że te krwiożercze potwory siorbały ze mnie krew, jakbym miała jej hektolitry. Do tego tak cholernie bolało. W trakcie i po. Musiałam wymyślić jakąś taktykę nie wpadania w ich szpony.
               — Mmm, Luna-chan, kochanie... Czy– Wszystko w porządku...? — zapytała cichym głosem Mai. Tak bardzo niepodobnym do niej, że aż się skrzywiłam.
               — A... A jak wyglądam? — mruknęłam, siorbiąc głośno resztki soku z kartoniku.
               — No właśnie źle. Wyglądasz na mocno– Wyglądasz niewyraźnie — skwitowała, odkładając małe lusterko, które do tej pory służyło jej w poprawianiu swojego wyglądu.
               — No to masz odpowiedź — bąknęłam sarkastycznie, odkładając pusty kartonik na bok i przygotowując się do kolejnej lekcji.
               — Ale masz spine. Co się z tobą dzieje? Dwa dni cię nie było do cholery! Jestem twoją przyjaciółką, mam prawo wiedzieć! — Z każdym kolejnym zdaniem podnosiła ton głosu.
               Przyjaciółką? Wolne żarty!
               Prychnęłam, układając książki w idealny sposób. Poprawiłam je z kilka razy, wciąż czując na sobie natarczywy wzrok rudowłosej. Jednak postanowiłam ją zignorować. Miałam szczęście, że siedziałam z Subaru i Mai odwróci się, jak tylko nauczyciel wejdzie do sali. Usłyszałam dźwięk przysuwającego się krzesła, a następnie uderzenie o moją ławkę. Do tej pory równo ułożone książki, poprzesuwały się w różne strony, co bardzo mnie zirytowało.
               — Spójrz na mnie, cholera! Czemu na mnie prychasz?! Co zrobiłam nie tak?! — wrzasnęła, chwytając mnie za policzki i unosząc moją głowę tak, żebym patrzyła w jej oczy.
               Były rozemocjonowane, dzikie. Miała powiększone źrenice, ponieważ nie mogła zapanować nad swoją złością. Problemem ewidentnie było niekontrolowanie swoich emocji. Roztrzepanie, szybka zmiana tematów podczas rozmowy, a teraz nagła złość pod wpływem nie dostania tego, czego oczekiwała. Tego mogłam się dowiedzieć, po krótkiej znajomości z tą dziewczyną. Mentalnie zrobiłam notatkę, żeby jej nie denerwować. Nie chciałam bowiem, ponownego zetknięcia z ciekawskimi spojrzeniami ludzi z mojej klasy. Dobrze, że Subaru gdzieś się zapodział. Nie miałam ochoty się z nim użerać, bo miał swoje widzimisię.
               Jeśli byli ludźmi. Jeśli w ogóle ktoś tu był człowiekiem w tej szkole oprócz mnie i Yui...
               — Wybacz, okej? Jestem zmęczona po chorobie i sama nie wiem– Nie wiem co się ze mną dzieje... — udałam jak najbardziej zmartwioną, co dobrze mi wyszło, bo od poddenerwowania czyimś dotykiem, głos mi drżał.
               — I co? Nie mogłaś mi od razu powiedzieć, że jesteś po chorobie, a teraz masz okres? Serio, jesteś dziwadłem. Ale pamiętaj, że jesteśmy przy-ja-ciół-kami — powiedziała spokojnie, uśmiechając się i klaszcząc pod koniec. Tak jakby wcale wcześniej nie była na mnie ani trochę zła. To ona była dziwna i powoli zastanawiałam się czy nie ograniczyć z nią jakiegokolwiek kontaktu.
               — N-nie mam okre–
               — Tak, jasne! Wiesz co? Może mogłybyśmy gdzieś razem wyskoczyć? — przerwała mi gwałtownie, uważnie oglądając swoje paznokcie, które pokryte były przezroczystym, błyszczącym lakierem i naklejkami w postaci mini kwiatków.
               Zamarłam na jej propozycje i w głowie szybko szukałam jakiejś dobrej wymówki, ale nic kompletnie nie przychodziło mi na myśl. Nie chciałam z nią przebywać sam na sam. Zresztą i tak bracia Sakamaki by się nie zgodzili na takie coś. Przecież straciliby jeden, darmowy bank krwi. Spojrzałam na nią ukradkiem, wpadając na pewien pomysł. W końcu mogłam wykorzystać jej słabe strony na własną korzyść. Musiałam przełamać lody, skoro miałam przeżyć z wampirami pod jednym dachem. Przydałoby się dużo pewności siebie.
               O tak... Pewność siebie, moje odwieczne marzenie. Może wkrótce się ziści, bo widzę, że moja cierpliwość też szybko się kończy.
               — Hej, kto to ten Kou? To jakiś gwiazdor szkolny, czy kobieciarz, albo co tam jeszcze innego? — zapytałam powoli, starając się poprawnie dobrać słowa, żeby nie powiedzieć za dużo.
               — Hahahaha! Nie wierzę! Nie wiesz?! — Zaśmiała się histerycznie, a następnie pochyliła się ku ławce i ruchem dłoni rozkazała, żebym także się pochyliła. Zaciekawiona jej reakcją, zrobiłam to bez żadnego protestu. — Ten Kou, to idol, głupia. Najsłodszy, najprzystojniejszy i najlepszy. Trzy w jednym, rozumiesz? Serio nie wiedziałaś? Gdzie ty żyjesz, kobieto? — zakpiła, szepcząc mi do ucha, a następnie gwałtownie się odsunęła i ponownie ryknęła głośnym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.
               Skrzywiłam się, dalej pozostając w pozycji pochylonej. Powoli przyswoiłam otrzymane informacje, rozumiejąc dlaczego miał taki wianek wzajemnej adoracji i wciąż ktoś o nim wspominał. Naburmuszona, oparłam się o oparcie krzesła. Nie podobało mi się, że wytknęła moje dawne miejsce zamieszkania. Obecne też nie było lepsze. Nie widziałam tam telewizora czy jakiegokolwiek komputera lub innej elektroniki. Co prawda, nie sprawdzałam, czy był zasięg, bo kompletnie zapomniałam o tym, iż posiadałam jeszcze komórkę.
               — No dalej... Pff~. Serio? Hahaha! — Wciąż głośno się ze mnie wyśmiewała i wytykała mnie palcem, a drugą ręką przyciskała swój brzuch, najwyraźniej nie mogąc już wytrzymać.
               — Nie muszę znać wszystkich idoli — syknęłam krótko, ale wyraźnie.
               — Wiem~. Ale on jest baaardzo popularny i dlatego mnie zdziwiłaś. Czekaj, mam jego płytę. Pożyczę ci ją. Jest świetny! — odpowiedziała rozemocjonowana, z zamiarem dotarcia do swoich rzeczy, jednak ją powstrzymałam.
               On jest wspaniały, czy jego muzyka? Ja nie mogę, fanki...
               — Nie. Nie mam komputera — powiedziałam trochę za głośno, niż bym oczekiwała.
               Zatrzymała się gwałtownie, powoli obracając się w moją stronę. Miała wytrzeszczone oczy i otworzone na całą szerokość usta.
               — Co...? — wydukała, a ja powstrzymałam się od wywrócenia oczami.
               — W sensie jest w naprawie — poprawiłam ją głupkowatym tonem głosu, uwłaszczając jej złej interpretacji.
               — Aaaa. Trzeba było tak od razu. A już myślałam, ale kto nie ma teraz, w tych czasach kompa, haha — odpowiedziała i machnęła ręką, reagując na to chichotem. Zawtórowałam jej, oczywiście udając.
               Ja, na przykład. Ale mnie wkurza dzisiaj.
               — To mogę przesłać ci na telefon — odezwała się po chwili, poprawiając zagubione kosmyki, które wpadły jej na twarz, zasłaniając przeciętnie piękne oczy.
               — Mam w domu. Zapomniałam  — mruknęłam, intonując ostatnie słowo nieco głośniej i patrząc na nią krzywo.
               Nie miałam chęci słuchać czegoś, co prawdopodobnie mi się nie spodoba.
               — No to przynieś w poniedziałek, no. Prześlę to za pomocą szkolnych komputerów — skwitowała, nie zauważając chyba mojego zniechęcenia.
               — To są tu komputery? — zapytałam głupio, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
               — O nie wierzę! No oczywiście, że są w bibliotece, nie byłaś tam? — odgryzła się ironicznie i przyłożyła sobie rękę do czoła.
               Tym razem wywróciłam oczami i zacisnęłam mocniej szczękę, ponieważ ta rozmowa powoli mnie zaczynała tak denerwować, że miałam ochotę coś rozwalić.
               — Nie zauważyłam, dla wiadomości — syknęłam z kpiną, nie spuszczając z niej pogardliwego spojrzenia, które w jakiś magiczny sposób jej umykało.
               — Hahaha! Uczysz się i powoli rozluźniasz! To super, tak trzymaj kochanie — wskazała na mnie palcem i mrugnęła figlarnie, na co wydałam odgłos obrzydzenia.
               — Mai-chan! — krzyknęłam z pretensją w głosie, ale głośny dzwonek na lekcje skutecznie mnie zagłuszył. Chociaż po jej reakcji, na pewno można było stwierdzić, że usłyszała to bardzo wyraźnie.
               Mimowolnie się zaśmiałam. Poprawiła mi humor, jednak jak tylko zdałam sobie z tego sprawę, od razu spochmurniałam. Wróciły do mnie niepokojące myśli oraz problemy. Musiałam koniecznie szybko coś wymyślić z tą krwią Yui. Nie miałam czasu. Mimo wszystko poczułam, że otworzyłam się bardziej na Mai, niż na Komori przez te wszystkie miesiące naszej znajomości. Zadziwiające.
               Subaru nie pojawił się do końca lekcji i tak oto skończyłam tydzień szkoły. Rozpoczynając weekend, który jakoś, bynajmniej miałam takie dziwne wrażenie, że nie będzie jednym z najlepszych.
               ........................
               2139 słów
               a/n: strasznie źle się czuję, że nie napisałam kompletnie nic przez ponad miesiąc, do tego całkowicie rozłożyła mnie choroba, która trzyma już dwa tygodnie. Jestem sobą ogromnie zawiedziona. Musicie mi wybaczyć, bo następny rozdział pojawi się chyba za miesiąc. Jednak mam nadzieję, że nie dłużej, niż za dwa tygodnie. Zapasy się skończyły. Chociaż z spójnym ułożeniem jakichkolwiek zdań jest wielki problem. Mam wrażenie, że już się wypaliłam na to ff. No cóż, mam nadzieję, że jest to mylne i mimo tak długiej przerwy, będziecie dalej. Ps Ta dziewczyna u góry, to mniej-więcej Mai. Dodać/wyobrazić sobie tylko czarne odrosty na czubku głowy i ciemniejsze oczy. Gotowe.
               

6 komentarzy:

  1. Ojejku, zdrowia życzę. Mnie ostatnio zapalenie krtani prawie miesiąc trzymało, mam nadzieję, że u ciebie to nic aż tak poważnego!
    Rozdział jak zawsze cudny. Szkoda, że nie mogłam wcześniej wpaść i przeczytać, ale po półmetku dowalili nam siedem sprawdzianów i nie miałam czasu nawet wziąć oddechu... Gomen!
    Tak mi szkoda dziewczyn. Ani chwili spokoju... Ja bym tam proponowała założenie im kagańców. Może by się na chwilę uspokoili. xD Podoba mi się i boli mnie wątek braciszka Luny, mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. <3 A na rozdział mogę czekać nawet rok. Nie spiesz się, wiem jak to jest wypalić się na fanfick, bo na własny też tracę powoli siłę i ochotę. Dlatego życzę czasu, weny i przede wszystkim tej siły, żebyś go nie porzuciła. I zdrowiej, oczywiście! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję stokrotnie za zdrowie. Dalej mnie trzyma, ale na szczęście (bądź nie) został mocny ból głowy. Jednak to chyba także przez pogodę.
      Tak, wątpię, że dziewczyny znajdą chwilę spokoju. Oj, będzie się działo, będzie.
      Miło wiedzieć, że ktoś będzie czekać, bo nie lubię robić nic na siłę, a w pisaniu właśnie o to nie chodzi. Dziękuję~.

      Usuń
  2. Życzę powrotu do zdrowia. Z rodziałami nie ma co się spieszyć poczekamy. Myślę, że nie wypaliłaś się, tylko wena ciebie opuściła chwilowo, nie poddawaj się. Jak natchnienie uciekło to wróci prędzej czy później :). Zdrówka :D
    ~Dominika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kolejnej osobie za zdrowie i za wiarę we mnie, i za poczekanie~. Niestety to chyba nie przez brak weny, ale przez jakąś taką chwilową niechęć do wszystkiego. Mam nadzieję, że szybko wrócę do pisania, bo sprawia mi to (mimo wszystko) wiele przyjemności.

      Usuń
  3. Jest nowy rozdział na pink sky :D
    http://pink-sky-vi.blogspot.com/2017/11/pink-sky-sen-iv.html

    Ogólnie przeczytałam bardzo szybko ten rozdział i wiem, że zawitam u Ciebie na blogu i postaram się regularnie czytać co tu wstawiasz i może rzucę tu trochę takiej przyjemnej krytyki jeśli chcesz, ale nie martw się idziesz w dobrą stronę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za powiadomienie mnie o nowym rozdziale. Nie za bardzo mam czas i kompletnie przestałam zaglądać na niektóre blogi. Postaram się skomentować jak najszybciej.
      Cóż, jeśli chcesz czytać moje marne prace i jeszcze je konstruktywnie krytykować: dziękuję. Właśnie tego mi potrzeba, bo wiem, że robię masę, ale to masę błędów, ale za nic nie umiem z tego wyjść. Co niestety przechodzi na częstość pisania. (A na stare rozdziały to się boję nawet patrzeć.)
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń

Drogi czytelniku, zostaw po sobie jakiś ślad. Miło widzieć, że ktoś się interesuje moim blogiem i to zawsze wielki kopniak weny. Dziękuję!♥

Obserwatorzy